Awantura w Chioggi
Koronkowa robota z dziurami, Wojciech Majcherek, Teatr nr 9, 1.09.1993

Premiera Awantury w Chioggi w Teatrze Współczesnym wprawiła w nieopi­sany entuzjazm recenzentów, a zwłaszcza recenzentki stołecznych dzien­ników.
Z miejsca przedstawienie zaliczono do najlepszych w minionym sezonie na warszawskich scenach. Gazeta Wyborcza piórem Wandy Zwinogrodzkiej nie szczędziła aktorom komplementów, a pracę reżyserską Macieja Englerta określiła mianem „koronkowej roboty”. Chyba tylko jeden Andrzej Lis w Trybunie wyrwał się z chóru pochwał i sceptycznie odniósł się do spektaklu na Mokotowskiej.

Polemizowałbym z ocenami recenzentów. Pal diabli, gdyby mylili się tylko
z powodu chwilowego osłabienia zmysłów krytycznych. Obawiam się jed­nak,
że mamy do czynienia z poważniejszą bolączką, która trapi krytykę warszawską. Schorzeniem tym jest minimalizm oczekiwań wobec tego, co proponują teatry. Niczym innym bowiem nie potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego przedstawienie, przy najbardziej łagodniej ocenie - najwyżej średnie, zyskuje famę wydarzenia. Hierarchia wartości naszym recenzen­tom najwyraźniej niebezpiecznie się spłaszczyła.

Przedstawienie Awantury... jest tylko przykładem, pozwalającym ostrzej zobaczyć fałsz sytuacji, w której pospołu uczestniczy teatr i krytyka. Teatr „wysmażył ciasto z zakalcem”. Krytycy przełknęli to bez skrzywienia i je­szcze stwierdzili, że im smakowało. Tymczasem wobec takiego teatru jak Współczesny nie można przyjmować taryfy ulgowej. W końcu ktoś kiedyś nazwał scenę przy Mokotowskiej „firmą” i, jak sądzę, miano to nadal zobowiązuje.

Ale by zarzuty nie brzmiały równie gołosłownie jak pochwały naszych recenzentów - trzeba je uzasadnić. Nie można zaprzeczyć, by Maciej Englert nie miał pomysłu na wystawienie komedii Goldoniego. Ba, można odnieść wrażenie, że inscenizację wręcz „przekombinował”. Kluczem do interpretacji przedstawienia jest pomysł scenograficzny polegający na tym, że scenę niczym obraz ujęto
w ramę. Obraz ten przedstawia ulicę, na której swoje bezsensowne spory toczą mieszkańcy Chioggi. W głębi podest symbolizuje przystań, za nim wystaje, kołysząc się jakby na wodzie, maszt rybackiej łodzi. Perspektywę tego obrazu wieńczy prospekt z wymalowa­nym pejzażem zatoki (swoją drogą malunkowi temu daleko do weneckiej szkoły malarstwa). Taki jest świat przedstawiony
w komedii Goldoniego. Wyodrębniony z niego został pokój Koadiutora,
który umiejscowiono na proscenium, przed ramą. Na ścianie z lewej strony zwraca uwagę kostium Arlekina - dość niespodziewany w miejscu bądź co bądź urzędowym. Ale to jest wyraźny znak, o co Englertowi chodziło. Otóż reżyser zasugerował, że Koadiutor to sam Goldoni. Sugestia ta oczywiście ma swoje uzasadnienie w biografii autora, ale prawdę mówiąc w spektaklu niczemu specjalnemu nie służy. Przeciwnie, psuje postać nakreśloną przez Goldoniego, niweczy jej komizm i dwuznaczną rolę w rozstrzyganiu sporów chioggian. Henryk Bista jako Koadiutor nie wie, kogo gra, bo tekst komedii mówi mu co innego,
a reżyser co innego podpowiada. W przedstawieniu mamy jeszcze jeden sygnał, abyśmy skojarzyli związek Goldoniego z komedią dell’arte. Woźny - postać
w sztuce trzeciorzędna - upozowany jest na kogoś w rodzaju starego Brighelli. Wlecze się po scenie zgarbiony, z założonymi do tyłu rękami, w peruce,
z przyklejonym wielkim nosem... i trudno orzec, co w tym śmiesznego. Ludzi na premierze bawiło, że w tej charakteryzacji nie rozpo­znali Marcina Trońskiego.

Wyodrębnienie Koadiutora spośród innych bohaterów i ustawienie go w roli obserwatora wydarzeń ma, jak się domyślam, głębsze znaczenie. Ma wpro­wadzić podział dwóch światów: natury i teatru. Koadiutor patrzy na perypetie chioggian jak na rodzajowy obrazek. Ci zaś przechodzą ramę i ze zdziwie­niem spostrzegają, że znaleźli się w innej rzeczywistości (chociaż reżyser nie zadbał
o konsekwencję i postaci raz przeskakują ramę, innym znów razem wchodzą do pokoju Koadiutora bocznymi drzwiami). Englert zapewne chciał przydać Awanturze w Chioggi ogólniejszy sens, który sam Goldoni tak wyraził: „Dwie księgi, nad którymi dumałem najwięcej i co do których nigdy nie będę żałował,
że zrobiłem z nich użytek, były to ŚWIAT i TEATR. Pierwszy roztacza przed mym wzrokiem coraz to więcej postaci ludzkich, maluje mi je tak naturalnie, iż wydają się tam umieszczone po to, aby dostarczyć mi ciągłych tematów do sztuk przyjemnych i pouczających. (...)Druga księga, TEATRU, którą posługuję się
w praktyce, mówi mi, jak powinienem przedsta­wiać na scenie postaci, uczucia, zdarzenia, o których wyczytałem w księdze ŚWIATA. (...) Nade wszystko uczę się z TEATRU wyróżniać to, co bardziej zdolne wzbudzać sentyment, zadziwienie lub śmiech albo jakiś taki przyjem­ny zachwyt w sercu ludzkim, zachwyt,
który powstaje głównie przez odkrycie w sztuce wad i szaleństw, odmalowanych naturalistycznie i wytwornie zapre­zentowanych widowni” (cyt. za programem).

Analizując jednak te koronkowe, przyznajmy, roboty na tekście komedii Goldoniego można odnieść wrażenie, że służą one nie tylko przyozdobieniu
świetnej sztuki, co zasłonieniu dość wstydliwych dziur inscenizacyjnych.
Bo żeby Awantura... rozjarzyła się wszystkimi iskrami humoru, potrzeba nie tyle
wymyślnych sztuczek, co przede wszystkim prawdy - bohaterów i świata,
w którym żyją – „odmalowanej naturalistycznie”. Natura spełnia w komedii
Goldoniego ważną rolę, bo organicznie łączy świat bohaterów w kosmos,
a  jednocześnie ich konflikty są konfliktami z naturą. W przedstawieniu
Współczesnego tego nie ma. Wszystko zamieniło się w teatr. Na scenie
mamy dużo stylizacji, ale mało prawdy. Co z tego, że chioggianki wyglądają
przy koronczarskich warsztatach jak zdjęte z dawnego malarstwa, skoro nie
wierzy im się za grosz. Ich ludowość i temperament są udawane. Młode
aktorki wkładają w role dużo serca. Brakuje im jednak charakterystyczności
(z całego ansamblu wyróżnia się pod tym względem Agnieszka Suchora
jako Checca, ale w emploi subretek ta utalentowana aktorka sprawdza się
znakomicie). Reżyser rozróżnił bohaterki w ten sposób, że Donna Pasqua
(Maria Mamona) i Lucietta (Ewa Gawryluk) to blondynki, a Donna Libera
(Joanna Jeżewska) i jej siostry - Orsetta (Anna Korcz) i Checca - to brunetki.
Ale naprawdę aktorki mogłyby się zamienić rolami i równie dobrze by sobie
z nimi poradziły. Do tego wszystkiego nie wiadomo, po co wszystkie chodzą
w drewniakach (to taka ostatnio moda na warszawskich scenach). Znów
mamy ozdobnik, a zasadnicza robota nie wykonana.

Właściwie dysponując w większości amantkami (używając dawnej
nomenklatury teatralnej) do ról w Awanturze... można było sobie podarować
wystawienie akurat tej komedii Goldoniego. Nie ratują jej niestety także
mężczyźni. Oczywiście salwy śmiechu na widowni wzbudza Krzysztof
Kowalewski jako Padron Fortunato. Ale Kowalewski jest po prostu ulubieńcem publiczności, co czasami bywa przekleństwem dla aktora. Stwarza mu
bowiem przymus ciągłego odpowiadania na zapotrzebowanie widzów,
którzy oczekują od swojego ulubionego aktora ciągle tych samych, sprawdzonych “numerów”. Kowalewski świetnie te żądania spełnia. Tymczasem rola Fortunata, jak sądzę, należy do tych, które stwarzają aktora, odkrywają niebywałe pokłady komizmu. A my śmialiśmy się tylko z tego, co na wierzchu. Inną miarą
niewykorzystania możliwości tkwiących w komedii Goldoniego są role Padrona Vicenzo i Padrona Toniego w wykonaniu znakomitych przecież aktorów Bronisława Pawlika i Adama Ferencego. Oglądając ich można było odnieść wrażenie, że tworzą postaci zbędne na scenie. Pozostali panowie również niewiele wnieśli - machaniem rąk próbowali wyrazić włoski temperament.

Oczywiście byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie dostrzegł w przedstawieniu Englerta momentów szczerze komicznych (należała do nich cała scena na przystani), ale one tylko potęgowały uczucia żalu nad zmarnowaną całością.

Kiedy na gorąco komuś te żale wylewałem, usłyszałem kontrargument:
no, ale jeśli porównać ten spektakl z innymi... i tu padły tytuły niektórych premier warszawskich z końca sezonu. I to jest rzeczywisty problem: jak ustawić
hierarchię wartości, skoro miary bezwzględne przestały w teatrze obowiązywać? Ale jeżeli ktoś powinien się o nie upominać, to przede wszystkim krytycy. Także ci relacjonujący życie teatralne na bieżąco. W przeciwnym razie krytyka teatralna w prasie zamieni się w rodzaj usług reklamowych dla teatrów.       

 

Stat 4 u