Między nami dobrze jest
Znowu MY. „Między nami dobrze jest” - Teatr Współczesny, Katarzyna Harłacz, krytyczne-spojrzenie.com, 14.10.2025
Dorota Masłowska znów zagląda Polakom w duszę – z ironią, błyskotliwością i niebywałą trafnością. W inscenizacji Teatru Współczesnego w Warszawie spektakl „Między nami dobrze jest” ożywa słowami autorki, które nadal śmieszą, uwierają i zmuszają do myślenia. To opowieść o współczesnej Polsce – tej, która wciąż nie potrafi uwolnić się od własnych mitów i przyzwyczajeń.
W sztuce młodego reżysera Patryka Warchoła poznajemy mieszkańców ciasnej warszawskiej kamienicy: trzypokoleniową rodzinę, sąsiadkę (koleżankę matki), oraz artystę zapatrzonego w siebie i swoje „wiekopomne” dzieło.
Trzy pokolenia kobiet w jednej, ciasnej przestrzeni mijają się, bo każda żyje w swoim własnym świecie. Babcia (Osowiała Staruszka) nie potrafi uwolnić się od wojennej traumy – wciąż wraca do momentu, gdy wybuchła wojna i cały jej świat się zawalił. Matka Halina żyje teraźniejszością, skupiając się na przyziemnych sprawach i drobnych zakupowych rytuałach, które mają ją chronić przed pytaniami o sens życia. Córka (Mała Metalowa Dziewczynka) jest spostrzegawcza i inteligentna, ale – podobnie jak reszta rodziny – wykształciła w sobie nawyk unikania życia. Jej ironia, cynizm i pozorna pewność siebie to tylko maska skrywająca lęk.
I między nimi nie jest dobrze. Ale jakoś razem trwają – bo nie mają innego wyjścia. W ciasnym mieszkaniu nie da się od siebie uciec, więc konflikty i brak zrozumienia – mimo obecnej między nimi miłości – w końcu biorą górę. Zamknięcie w swojej prawdzie (jedynej właściwej) prowadzi do izolacji wewnętrznej i braku dialogu z innymi.
Spektakl wiernie podąża za dramatem Masłowskiej, lecz nie poprzestaje na dosłowności – wzbogaca tekst o wizualne interpretacje i animacje, które wydobywają emocjonalny rytm wypowiedzi bohaterów. Dzięki temu słowa Masłowskiej zyskują cielesność: stają się ruchem, muzyką i śpiewem. Każdemu dłuższemu wywodowi autorki o ludzkich przywarach – nie tylko polskich, bo innym narodom też się oberwało – towarzyszy sugestywna animacja, wzbogacona muzyką i gestami charakterystycznymi dla danej nacji. A wizerunek Polaków przebywających za granicą reżyser ujął z humorem, komentując go polonezem, pochodzącym z filmu „Pan Tadeusz” w reżyserii Andrzeja Wajdy.
Reżyser, przedstawiciel młodego pokolenia, wprowadza własne spojrzenie na współczesność. W jego interpretacji, mimo wierności oryginałowi, pojawiają się ostrożne pytania o przyszłość młodych – o to, jak mają żyć w świecie, który niezmiennie obciążony jest starymi problemami. Jakby pytał dorosłych: jaki świat nam zostawiliście? Dlaczego wciąż, my Polacy, potykamy się o te same błędy? I czy nasze pokolenie też przekaże je kolejnym?
To właśnie w tych powracających schematach tkwi największy ciężar współczesności. Wciąż w naszych automatyzmach powtarza się niechęć do zrozumienia drugiego człowieka oraz zamknięcie w wąskim sposobie myślenia i postrzegania świata. Nasza trudna historia nadal w nas pracuje. Dopóki naprawdę nie przepracujemy II wojny, będziemy powracać do jej bólu. Choć nowe pokolenia patrzą coraz jaśniej w przyszłość i odważniej ją budują, nadal tkwimy w traumie tamtego czasu – echa wojny wiecznie pobrzmiewają w naszej zbiorowej świadomości.
Dlaczego II wojna tak głęboko tkwi w naszej świadomości? Bo była nie tylko brutalna, lecz także upokarzająca. Ludzie zostali odarci z godności, a trauma przekazywana jest wciąż dalej, często nieświadomie – w lękach i automatycznych reakcjach. Ta pamięć bólu zapisuje się w ciałach i odtwarza w nieuświadomionych reakcjach. Dlatego nowe pokolenia czują jej ciężar, nawet jeśli nie wiedzą skąd. Młodzi wchodzą w życie z cieniem, który nie jest ich własny, czując odpowiedzialność za coś, czego nie doświadczyli. Ta trudna energia wsiąkła w polski grunt, karmiąc się naszą potrzebą wyjątkowości, skłonnością do cierpiętnictwa i przekonaniem o dziejowej misji wybawiciela narodów.
To ważne, by zachować szacunek dla czasu wojny – pamiętać o niej, ale nie katować się tą pamięcią. Można czcić pamięć przodków, nie żyjąc jednak w wiecznej żałobie. Szacunek nie musi oznaczać nieustannego odtwarzania bólu. Istotne jest, by nie wypierać trudnej przeszłości i rozumieć, kto za nią odpowiada, ale równie ważne – by w pewnym momencie przestać żyć przeszłością i zacząć żyć dla przyszłości. Nowe pokolenie ma prawo żyć lżej: tworzyć własną historię bez winy, bez walki, bez ciężaru wydarzeń, które już minęły.
Masłowska z niezwykłą swobodą operuje słowem, trafiając w samo sedno. Z lekkością i humorem obnaża nasze codzienne przywary – te zabawne, ale też te bolesne. Śmiech miesza się tu ze zrozumieniem, absurd z powagą, a błyskotliwość z głębią. Autorka celnie punktuje polskie przyzwyczajenia, pokazując, jak łatwo ugrzęznąć w rutynie i nie dostrzegać schematów, które nami rządzą. Robi to ostro, precyzyjnie, z bezlitosną trafnością – a przy tym w sposób niezwykle dowcipny.
Sztuka drwi z bezmyślnego konsumpcjonizmu, z przekonania, że wartość człowieka mierzy się tym, co posiada, kupuje lub pokazuje innym. Kpi też z naszej obsesji narodowej wyjątkowości – z dumy, która raczej wynika z kompleksów niż z realnych osiągnięć. Pokazuje, że to mit podtrzymywany z lęku przed zmianą i niechęci do przyznania się do błędów, w tym do własnej bezsilności. A czasami niektórzy wręcz wykorzystują potrzebę dumy narodowej, by budować wspólnotę opartą na niskich emocjach i nieuświadomionych potrzebach, a nie na dojrzałości, refleksji i odwadze. Używa się wtedy zbiorowości „innych” – kogoś odrębnego, przeciwko którym można definiować siebie.
Tam, gdzie mity zastępują refleksję i myślenie, zawsze pojawiają się problemy. Jest wtedy brak przestrzeni na rozmowę o błędach, problemach, czy kompromisach – czyli o tym, co czyni nas ludźmi. I trudno wtedy swobodnie mówić o przyszłości.
Wykluczenie z powodu inności, na przykład otyłości (albo statusu, orientacji, przekonań, pochodzenia…) – to temat, który ostatnie lata bardzo się rozwinął. Dziś coraz rzadziej można bezkarnie kogoś oceniać czy komentować jego wygląd wprost – świadomość społeczna w tym zakresie zdecydowanie wzrosła. Choć na razie ten wzrost świadomości wynika raczej z odgórnego wymuszenia (ktoś w swojej wrażliwości i odwadze stwierdził, że nie powinno się tego robić i zaczął o tym mówić), to ten proces bardzo powoli będzie się osadzał.
Powoli, bo te wzorce oceniania tkwią głęboko w nas. Ocenianie z powodu inności jest jednym z najbardziej zakorzenionych społecznych mechanizmów. To mechanizm obronny – łatwiej wyśmiać, odrzucić lub ocenić kogoś innego, niż przyznać, że coś budzi w nas lęk czy niepewność. Bo to wymaga dojrzałości i odwagi do spojrzenia najpierw na siebie. Dlatego jeszcze długa droga przed nami. Masłowska ma jeszcze ogromne pole do popisu.
Siła tekstu Masłowskiej ujawnia się przede wszystkim dzięki aktorom, którzy nadają jej słowom rytm i emocjonalną temperaturę. Na szczególną uwagę zasługują Halina (jak zawsze wspaniała Agnieszka Suchora – wystarczy po prostu, że jest) i Bożena (przezabawna, urocza Joanna Jeżewska) – matka i odwiedzająca ją sąsiadka. Wspólne sceny tych bohaterek pełne są ironii i mistrzowsko uchwyconej codzienności. Ich dialogi balansują między szczerością a pozorną uprzejmością, z nutą pobłażliwości i dyskretnego znużenia – niewypowiedzianego wprost, bo przecież nie wypada.
Bardzo ciekawie Natalia Stachyra kreuje postać Dziewczynki – w jej wydaniu to sprytna, wygadana dziewczyna, mająca niesamowitą obsesję na punkcie niezdrowego białego chleba i zgrabnej figury. Tak powstała postać zagubiona nie tylko w rodzinnych relacjach, ale też we współczesnym nadmiarze bodźców, odgórnych wymagań i informacyjnym chaosie, który ją przerasta.
Postać babci jest wzruszająca i pięknie zagrana przez Elżbietę Kępińską. Krucha i przejmująca, wciąż próbuje przywołać tamten moment – dzień, w którym wybuchła wojna. Nikt jednak nie chce jej słuchać: przerywają jej, zbywają milczeniem.
Spektakl zamyka zaskakujący, subtelny finał – przesiąknięty spokojem, lekkością i pięknem. To sugestia, że zamiast powielać przeszłość, można wybrać prostą obecność i radość bycia sobą – bez dramatyzowania i nieustannego rozdrapywania ran.
