Zbrodnie serca
Siostrzane uczucia w kryminalno-komediowo-tragicznej oprawie, Anna Czajkowska, blog.Teatrdlawszystkich, 3.06.2018

„Zbrodnie serca”, sztuka wzorowana na realizmie psychologicznym tak doskonałych amerykańskich dramaturgów jak Tennesse Williamsa czy Eugene O'Neill, swego czasu cieszyła się ogromną popularnością w USA. Utwór autorki wystawianego w Teatrze Współczesnym dramatu obyczajowego, za który w 1981roku otrzymała Nagrodę Pulitzera, znakomicie wpisywał się w klimat lat 70. Doceniano nawiązanie do tradycji, szkoły starych mistrzów, czytelnej, realistycznej konwencji, wyraźnie widocznej w utworach Beth Henley. Dzisiaj „Zbrodnie serca” - komedia, kryminał i dramat obyczajowy w jednym (pytanie, czy to w ogóle możliwe?) już nie porywają. Jednak spektakl Jarosława Tumidajskiego z pewnością znajdzie swych wielbicieli, ponieważ kobiecy kwartet aktorski, który obserwujemy na scenie, wart jest największych braw.

Trzy siostry Magrath (Lenora inaczej Lenny, Rebecca czyli Babe i Margaret zwana Meg) pochodzą z prowincjonalnego miasteczka Hazlehurst w stanie Missisipi. Mają różny temperament, odmienne podejście do rzeczywistości i wiele je dzieli, ale sporo też łączy. Odejście ojca i samobójstwo matki wywarły wpływ na życie i problemy każdej z nich, zwłaszcza w relacjach międzyludzkich i w związkach mężczyznami. Spotykają się po latach w domu Lenny, gdy najmłodsza z nich zostaje aresztowana za postrzelenie męża. Najstarsza Lenny, kobieta stateczna, praktyczna i opanowana, skłonna do poświęceń, nie założyła własnej rodziny. Opiekuje się schorowanym dziadkiem i wciąż martwi o innych. Młodsza Meg, niezależna oraz przekonana o własnej sile i wyzwoleniu z konwenansów, wyjechała do Hollywood, by tam zrobić karierę jako piosenkarka. Babe, gdy skończyła osiemnaście lat wyszła za mąż za wpływowego senatora Zackery’ego, człowieka gwałtownego i bez skrupułów. Teraz grozi jej wyrok za usiłowanie zabójstwa małżonka. W ciągu tygodnia siostry wyciągają z serca i duszy dawne i świeże urazy, krytykują się nawzajem, ale też wspominają z rozrzewnieniem swoje dzieciństwo, życie pod okiem opiekuńczego dziadziusia i starają się zrozumieć przyczyny samobójstwa matki.

Reżyser Jarosław Tumidajski próbuje przekazać nam zwięzłą oraz trafną analizę psychologiczną bohaterów, jednak portretowanie zawiłości ludzkich charakterów podparte być musi solidną dramaturgią. Beth Henley przedstawiła dość przewidywalną historię, z ludzkimi dramatami w tle, ale brakuje w niej dalekich od banału motywów, które zaskakiwałyby swoją nieoczywistością. Jednoznaczność i naturalizm, które nie są niczym złym, gdy kryje się pod nim coś więcej niż tylko codzienność, mogą stanowić niezły materiał sceniczny. Jednak w „Zbrodniach serca” tego nie znajdziemy. Aktorki występujące w spektaklu czynią wszystko, by uwypuklić wewnętrzny konflikt, znaleźć podteksty, które uczyniłyby postaci bardziej wiarygodnymi i interesującymi dla współczesnego widza. Muszę przyznać, że częściowo z powodzeniem. Niestety, przedstawienie jest za długie, za dużo w nim pobocznych, nic nie wnoszących, nieistotnych dla akcji wątków - jak w telenoweli. Z tego powodu spektakl traci tempo i zaczyna nużyć. Jak już wspomniałam, z wątłym dramaturgicznie materiałem znakomicie radzą sobie aktorki. To prawda - w sztuce nie brakuje wartkich, dobrze skrojonych dialogów, zabawnych scen i to daje pole do popisu występującym artystom, ale też wymaga od nich znakomitej, warsztatowej sprawności. Wykwintna, dopracowana technicznie, zagrana bez żadnych wpadek kompozycja na trzy kobiety (chwilami nawet cztery) i dwóch mało znaczących mężczyzn, brzmi bardzo dobrze. A to dzięki wirtuozerskiej grze Monika Krzywkowska, Monika Kwiatkowska i Katarzyna Dąbrowska, z Agnieszka Suchora na dokładkę. Monika Krzywkowska w roli Lenny nie pierwszy już raz znajduje klucz do scenicznej postaci i zaskakuje nas interpretacją. Doskonale pokazuje stan ducha swojej bohaterki, emocje, kompleksy, które pogłębiały się, gdy dorastała w cieniu blond sióstr. Jest zarazem groteskowa i tragiczna, ale wszystko to zagrane z niezwykłym wyczuciem. Dzięki temu ucieka od banału, pokazuje ciepło swej bohaterki, walkę o samą siebie, o wyzwolenie z samotności. Dogadzając innym, przepełniona bezwarunkową miłością do rodziny, sama zmaga się z poczuciem pustki i niespełnienia. Czy to takie obce nam, w XXI wieku? Chyba nie. Siostrzane spotkanie, nie tylko u Lenny, pozwala dojść do głosu emocjom. Monice Krzywkowskiej dzielnie dotrzymują kroku Katarzyna Dąbrowska (Meg) i Monika Kwiatkowska (Babe). Wszystkie trzy są outsiderkami, uznawanymi za dziwaczki w prowincjonalnym miasteczku, gdzie skostniałe normy społeczno-obyczajowe obowiązują niezmiennie od dziesięcioleci. Katarzyna Dąbrowska, pełna niewymuszonego uroku, gra kobietę pozornie wyzwoloną, zadowoloną z życia. Tylko dlaczego z trudem wraca myślą do czasów dzieciństwa, a swe smutki topi w alkoholu? Niedorzeczna i lekkomyślna, w miarę upływu akcji zdziera warstwy iluzji, aby odsłonić żal i rozczarowanie, które ją prześladują. Monika Kwiatkowska gra najsłodszą z sióstr, nieco infantylną, wciąż tkwiącą w beztroskim dzieciństwie. Aktorka potrafi, miękko i naturalnie, przejść od niewinności do uniesień dziwnie bolesnych. Traumy sprzed lat i cień przeszłości wciąż ścigają jej bohaterkę - nie pomagają w walce o własne szczęście. Jest jeszcze Agnieszka Suchora, czyli kuzynka Chick, złośliwa małomiasteczkowa plotkara. Rola nie tak ważna, jednak wnosząca sporo humoru i ożywienia do scenicznej akcji. 
Lenny, Meg i Babe wychowane w tym samym domu, wśród tych samych ludzi, choć wydają się tak odmienne, w rzeczywistości są do siebie podobne. Pełne wewnętrznego niepokoju, bezbronne wobec brutalizmu rzeczywistości, pozwalają się ranić i uciekają od samospełnienia. Ale w sztuce Beth Henley jest też ziarenko nadziei, promyk, który łączy trzy siostry – ich wzajemne przywiązanie, zrozumienie i uczucie. To coś, czego nie pokona żadna życiowa tragedia i co stanowi oparcie w trudnych chwilach. Aby oddać niepowtarzalną atmosferę lat siedemdziesiątych, zaznaczyć czas akcji, Mirek Kaczmarek stworzył nieco filmową scenografię, kuchenną przestrzeń złożoną z detali, przemyślanych drobiazgów i starych sprzętów. Prosta, kameralna, delikatnie wprowadza widza w klimat spektaklu, nie przeszkadza w odbiorze, ale przyciąga wzrok, stanowiąc idealne tło dla kobiecej gry emocji i drgań serca.

Jest w tym spektaklu sporo humoru, momentami gorzkiego, innym razem beztroskiego, nawet ocierającego się o groteskę. Jest pikanteria, która ożywia senne sceny. Interesujące role kobiet, ekscentryczek i pogubionych życiowo sióstr, które utracone poczucie bezpieczeństwa mogą znaleźć tylko we własnym, siostrzanym gronie, wzrusza i śmieszy. Trudne relacje rodzinne, bezsens codzienności, skrywane przez lata zakłamania, wyparte problemy, które ranią i krępują bohaterki, mogą tworzyć zarys ciekawej, scenicznej historii. W przypadku spektaklu Tumidajskiego zostały przegadane, spłaszczone, ale i tak intrygują. To zasługa aktorek, wyrazistych ról, którym nadały plastykę i charakter. I właśnie dla nich warto udać się do Współczesnego na „Zbrodnie serca”.

Stat 4 u