Trzecia pierś
Anatomia przemocy, Wiesław Kowalski, www.teatrdlawszystkich.eu, 27.01.2019

Ireneusz Iredyński „Trzecia pierś” w reż. Jarosława Tumidajskiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie – pisze Wiesław Kowalski

Jarosław Tumidajski po raz kolejny sięga po twórczość rzadko dzisiaj wystawianego Ireneusza Iredyńskiego, tym razem w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Po zdecydowanie niedocenionej gdańskiej „Kreacji”, ze znakomitymi rolami Marcina Miodka, Marty Herman i Roberta Ninkiewicza, która wciąż pozostaje w repertuarze Teatru Wybrzeże, tym razem wybór padł na „Trzecią pierś” – dramat wystawiany dotąd jedynie w Toruniu, Białymstoku i Krakowie, a także w Teatrze Polskiego Radia, zresztą też w reżyserii Tumidajskiego. Nie licząc oczywiście wystawień zagranicznych, z których bodaj pierwsze odbyło się w Zurychu, jeszcze przed polską premierą. Co by nie powiedzieć o najnowszej propozycji Sceny w Baraku, na pewno jest to przedstawienie charakteryzujące się ciekawą kompozycją przestrzenną (wyobraźnia Mirka Kaczmarka zdaje się być coraz bardziej nieokiełznana, ale w tym przypadku to komplement ), pulsującym właściwie rytmem, sprawną reżyserią, a przede wszystkim świetnym aktorstwem Mariusza Jakusa, Szymona Mysłakowskiego i debiutującej na scenie  Współczesnego Magdaleny Żak.  Można się jedynie zastanawiać, czy dzisiaj utwór ten może zabrzmieć równie silnie, jak w czasach kiedy został napisany.

W „Trzeciej piersi” wydanej w 1974 roku Iredyński podjął problematykę przemocy, która objawia się w relacjach władzy ze społeczeństwem. Mamy tutaj do czynienia z trójką bohaterów, którzy odgradzają  się od rzeczywistości w celu osiągnięcia równowagi, harmonijnej synergii, duchowej prostoty, absolutnej swobody  i wewnętrznego szczęścia. Z ich rozmów możemy się  dowiedzieć, jakie niebezpieczeństwa czyhają na człowieka w sytuacji nieumiarkowanego formalizowania zasad współżycia  i jaka jest trudność w znalezieniu obdarzonego charyzmą włodarza, który powinien jednoczyć wspólnotowość wokół centralnie przyjętych idei. W kameralnym dramacie Iredyńskiego mamy do czynienia z trzema różnymi indywidualnościami i konfrontacją postaw protagonistów, ich marzeń i nadziei. Jest Ewa, która w interpretacji Magdaleny Żak stara się spokojnie znosić swoją chorobę i swoje przywódcze skłonności też artykułuje bez jakiejkolwiek ekscytacji. To właśnie jej „trzecia pierś” powoła do życia mechanizm ujarzmiania i przemocy. Dużo bardziej rozogniony w emocjach jest Tomasz w interpretacji Mariusza Jakusa, choć stara się działać w imię wolności jako uświadomionej konieczności. Najbardziej rozsądny w myśleniu jest bez wątpienia Jerzy, co Szymon Mysłakowski uzyskuje również poprzez swoją magnetyzującą  barwę głosu. Różni ich zatem wiele – cele, dążenia, ambicje, pragnienia. Ale jest też coś, co formuje ich wszystkich – to lęk, niepewność, obawa przed poniżeniem, a nawet strach przed kolejnym dniem, przyszłością, śmiercią i nieumiejętnością  znalezienie sobie miejsca w otaczającej ich rzeczywistości.  W takiej sytuacji niewiele już trzeba, by bolączki trawiące naszych bohaterów, a także ich chorobliwie pracująca  wyobraźnia, uruchomiły lawinę wzajemnych  podejrzeń i wrogości. W ten sposób urojony przez nich samych antagonizm stanie się pożywką dla autokratycznych rządów.

Tumidajski w swojej inscenizacji nie próbuje jakoś szczególnie naginać się do możliwości interpretacyjnych, które wykorzystywano do tej pory. Przynajmniej tak mogłoby wyglądać, gdyby zestawić  jego propozycję ze spektaklem  Starego Teatru w Krakowie z roku 1986 z Ewą Kolasińską, Edwardem Lubaszenką i Tadeuszem Hukiem, który miałem okazję oglądać.  A zatem reżyser nie stara się sięgać zbyt głęboko po nawiązania polityczne,  nieszczególnie go też interesują racje, które mogłyby pozostać tylko na poziomie czystej publicystyki, zdecydowanie bliżej mu do kompleksowego zmonitorowania  i rekapitulacji wspólnotowego paradygmatu. Wraz z aktorami udało się Tumidajskiemu uniknąć nadmiaru rodzajowości, która może niekiedy kusić właśnie aktorów, a także umiejętnie pokazać specyfikę języka Iredyńskiego, której głównym walorem stylizacyjnym jest połączenie mowy potocznej z poetycką prozą.

Warszawski spektakl stara się być wierny strategii dramaturgicznej Iredyńskiego, bo też autor „Żegnaj, Judaszu” nie pozostawia tutaj zbyt wiele miejsca na reżyserskie koncepty. I ta lojalność estetyczno-myślowa Tumidajskiego wydała w tym przypadku wartościowy, sugestywny i całkiem interesujący owoc.

link do źródła: teatrdlawszystkich.eu

Stat 4 u