Nim odleci
Ulotne zapiski kruchej pamięci, Anna Czajkowska, https://teatrdlawszystkich.eu, 05.06.2019

O spektaklu NIM ODLECI Floriana Zellera w reż. Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym w Warszawie pisze Anna Czajkowska.

„Nim odleci”, spektakl repertuarowy warszawskiego Teatru Współczesnego, to utwór niejednoznaczny, tajemniczy, choć w rzeczywistości – zwłaszcza jeśli chodzi o myśl przewodnią – dla uważnego widza jest dość przewidywalny. Maciej Englert, sięgając po „Avant de s’volere” – „Przed odlotem”, sztukę Floriana Zellera, francuskiego powieściopisarza i dramaturga, który cieszy się sporym uznaniem w ojczyźnie i poza jej granicami, także w Polsce, stara się oddać całą poetyckość i tajemniczość utworu. Reżyser nie próbuje tworzyć spektaklu nowatorskiego czy autorskiego, zmienia jedynie tytuł oryginału. Na deskach Teatru Współczesnego kreśli obraz gorzkich, owianych smutkiem i melancholijną ironią dni z życia pewnego starszego małżeństwa i ich dorosłych córek.

Autor „Ojca” (sztuki, której realizację można zobaczyć w warszawskim Teatrze Ateneum) snuje swą opowieść w dość przewrotny sposób – nie zachowuje chronologii wydarzeń, a pozornie prostą historię rodzinną opiera głównie na myślach, retrospekcjach, wspomnieniach i emocjach bohaterów.

Dwoje starszych ludzi, małżeństwo i rodzice dorosłych córek, mieszka razem od ponad pięćdziesięciu lat. Wiodą spokojny żywot w prowincjonalnym domu pełnym książek, sztuki, miłości i nieodkrytych tajemnic. André i Madeleine są sobie bardzo bliscy, a wspólnie przeżyte chwile, umocnione czasem i miłością, zespoliły ich tak bardzo, iż jakakolwiek samotna przyszłość, rozstanie z powodu choroby czy śmierci, wydaje się niemożliwe. André jest pisarzem, a Madeleine wierną, opiekuńczą, dbająca o dom i córki żoną. Ich życie budują codzienne rytuały i niewyszukane, drobne przyjemności – sucharki maczane w kawie, szczypiorek i grzyby na obiad czy spacer brzegiem rzeki. Jednak starość jest nieubłagana, luki w pamięci coraz większe, ktoś musi odejść z tego świata, dlatego córki Anne i Elise postanawiają ułatwić życie temu, kto pozostał sam. Każda z nich ma inną koncepcję „najlepszego rozwiązania” i nie obejdzie się bez gorących sporów – podejmują rozmowy o sprzedaży skromnej posiadłości rodzinnej, o domu spokojnej starości, o doskonałej opiece, którą zapewnia placówka. Co dzieje się naprawdę, a które z obrazów są jedynie wytworem wyobraźni dotkniętego demencją umysłu głównego bohatera (choć to też nie jest pewne)? Dlaczego córki zachowują się protekcjonalnie, często zdają się ignorować ojca? W obrazie przeszłości pojawiają się pęknięcia, czas zdaje się tracić linearność. Retrospekcje mieszają się z teraźniejszością, chwile i ludzie z przeszłości zaprzeczają teraźniejszym zdarzeniom. Sytuacja gmatwa się jeszcze bardziej, napięcie rośnie, zwłaszcza gdy starsza Anne odkrywa niepublikowany nigdy „Dziennik” ojca, a ukryte w nim tajemnice jeszcze silniej wstrząsają chwiejnym spokojem rodziny. Niespodziewanie pojawia się dziwna kobieta, przypadkowo napotkana i zaproszona przez Madeleine na herbatę, która podaje się za bliską znajomą André i nigdy nie wspominanego przyjaciela z lat młodości pisarza. Kim była? Kochanką, powiernicą? Czy w ogóle istniała?

Sięgając po trudny temat związany z chorobą, starością, utratą sprawności i zniedołężnieniem, Maciej Englert nie mówi niczego nowego. Mimo chaosu, który tworzą w głowie głównego bohatera osoby i wydarzenia, treść sztuki nie zaskakuje. Cały jej urok tkwi w grze aktorów i konstrukcji dramaturgicznej przedstawienia. Nieco nużącego i dość długiego, jak życie człowieka – o czym wspominają w pewnym momencie André i Madeleine. Banalność rozmów miesza się z filozoficznymi stwierdzeniami, ból i gorycz z humoreską. Niepewność tropów, zaburzona chronologia, przedstawianie wydarzeń w kilky płaszczyznach czasowych i z perspektywy różnych osób dezorientuje widza, ale nie na długo. Zagadki pozwalają zanurzyć się w meandry umysłu chorej osoby, wrażliwej, uczuciowej. Refleksyjną zadumę przełamują trafne, nierzadko zabawne stwierdzenia i riposty, całkiem realne i mocno trzymające się „tu i teraz”. Szybko znikają w labiryncie wyobraźni, myślach o życiu ostatecznym, kruchości wspomnień. Krzysztof Kowalewski jako starzejący się mężczyzna, którego nękają coraz większe problemy z pamięcią, doskonale potrafi pokazać, iż osoba chora nie przestaje być pełnowartościowym człowiekiem. Otoczenie niejednokrotnie zachowuje się tak, jakby o tym zapominało. Na szczęście André znajduje oparcie w miłości i opiekuńczości żony. Aktor w bardzo sugestywny sposób oddaje targające bohaterem emocje, zmienne i często trudne do zaakceptowania przez bliskich. Bywa poirytowany, a jednocześnie wrażliwy i czuły. Kowalewski, mimo komediowego rysu postaci, potrafi pokazać też rodzący się w duszy bohatera smutek, rezygnację i strach. Partnerująca mu Marta Lipińska – jak zwykle pełna ciepła, z kojącym brzmieniem głosu – w bardzo naturalny sposób, z delikatnością i subtelnością buduje postać Madeleine. Wspaniały aktorski duet, który nadaje ton i smak przedstawieniu, uzupełniają pozostałe osoby dramatu: Monika Krzywkowska jako Anne, starsza, ukochana córka tatusia, nieco apodyktyczna, ale jakże wrażliwa oraz Barbara Wypych – młodsza Elise. Obie aktorki z niewymuszoną precyzją i wyczuciem oddają charakter i emocjonalność swoich bohaterek. Niewielka rola Agnieszki Pilaszewskiej (przyjaciółki z przeszłości) jest równie dopracowana i zauważalna. I wielce intrygująca, wręcz niepokojąco tajemnicza. Dzięki doskonałej obsadzie, ten trochę przydługi, senno-melancholijny, trochę odrealniony, momentami słabo czytelny spektakl nabiera kolorów i dynamiki. Inscenizację uzupełnia stylowa scenografia, podkreślająca klimat i wspomnieniowy charakter całości. Jej wręcz naturalistyczny rys (wspomnę jedynie ostry zapach krojonej cebuli!) podkreśla paradoksalną realność i „zwyczajność” przedstawionych wydarzeń. „Nim odleci” przypomina serię wyświetlanych obrazów, nieco rozmytych, czasem za szybko przesuwających się przed oczami widza. Czuły koncert na szóstkę aktorów, naznaczony kruchością, atmosferą utraty, smutkiem przemijania, wydaje się całkiem udany.

link do źródła: teatrdlawszystkich

Stat 4 u