Chłopki
Proza życia bez ideologii, Piotr Zaremba, e-teatr.pl, 5.01.2026r.
„Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak w reż. Sławomira Narlocha w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w „Rzeczpospolitej”, dodatku „Plus Minus”.
Z perspektywy wielu gawęd, chłopki stają się tu uosobieniem żywotnej siły. Zarazem pojawia się galeria ludzkich losów.
Zadawałem sobie pytanie: jak można zaadaptować na potrzeby teatru książkę „Chłopki. Opowieść o naszych babkach" Joanny Kuciel-Frydryszak? To wielki reportaż historyczny o wiejskich kobietach, przede wszystkim w czasach międzywojnia. Mamy tu mozaikę setek historii, opowiedzianych językiem reporterskim, nie literackim.
„Chłopki" to sztandarowe dzieło tzw. ludowej historii Polski. A przecież nie znajduję w nim napastliwej próby pisania dziejów Polski od nowa. Owszem, mamy wszechogarniającą biedę, wolna Polska okazała się niezdolna do załatwienia wielu podstawowych problemów. Ale autorka opowiada o społeczno--politycznym kontekście niemal mimochodem. Mamy też patriarchalizm samej wiejskiej społeczności. Ale każda z historii jest inna, nie pod jedną tezę.
Pod koniec lat 70. wieku XX nasi rodacy, przeważnie chłopskiego pochodzenia, dowiedzieli się z wystawy „Polaków portret własny", że są spadkobiercami szlachciców w kontuszach. Miało to historyczny sens. Ale teraz z kolei część elit odgrzebuje swoje chłopskie korzenie. Jest w tym trochę polityki, nawet snobizmu na odwrót, w lewicowej intencji: wywróćmy starą Polskę! Ale same poszukiwania są uprawnione.
W czasach teatru postdramatycznego łatwiej o takie adaptacje. Sławomir Narloch, już spec od spektakli muzycznych z pogranicza klasyki i współczesności, znalazł na scenie warszawskiego Teatru Współczesnego klucz. Mamy jako spoiwo anegdot nagrane wspomnienia prababci Narlocha. Jej relacje pełne są, pomimo przeciwności, prostego optymizmu. On sam pojawia się na scenie jako narrator - gra go Marcin Stępniak.
Z perspektywy tych gawęd, chłopki stają się uosobieniem żywotnej siły. Zarazem pojawia się galeria ludzkich losów. Mamy Jadzię, którą brat nosił do szkoły na plecach, bo nie miała butów. Mamy Rudzie, wychowywaną przez samego ojca twardą ręką. Pierwsza dobija się do choćby namiastki edukacji, druga nie nauczy się chyba czytać i pisać.
Mamy wstyd wynikający z biedy, brak wiedzy o własnym ciele, migracje na służbę do obcych, dużo śmierci najbliższych, nieudane małżeństwa. Ale jest też gospodyni dumna z nowoczesnego życia, które symbolizuje radio, i matka ks. Jana Ziei, twardo upierająca się, że wykształci syna (w obu rolach świetna Joanna Jeżewska). Na drodze kobiet stają obojętni, ale czasem i dobrzy ludzie z innej sfery. I są nieczuli, brutalni, a niekiedy sympatyczni mężczyźni z ich świata (wszystkich gra Stępniak).
Rozgrywa się to na tle najprostszych dekoracji Martyny Kander, w takt muzyki aktora Jakuba Gawlika (przygrywają też: Anastazja Gizińska, Wioletta Jakubiec, Katarzyna Stasiewicz). Muzyka markuje motywy folklorystyczne, ale nie próbuje ich imitować. Aktorki nie mówią gwarą.
Może najbardziej wstrząsa motyw Stefci, dziecka pasającego gęsi. Marzy, by być krową, bo wówczas by o nią dbano. Jej śmierć nadaje nagle społecznej narracji metafizycznego oddechu. Monika Pawlicka jako czuła Stefcia pięknym śpiewem zamyka spektakl.
Kończy się on z końcem II wojny światowej, choć z odniesieniami do późniejszych losów niektórych bohaterek. Kiedy przedstawienie buzuje od gniewu na bezradność kobiet zmuszonych do rodzenia kolejnych dzieci, staje się na chwilę manifestem z antyklerykalnymi akcentami. Ale przeważnie oddaje elegijnie szarość życia. Nad chłopkami czuwa Matka Boska (też Jeżewska), ingerująca w akcję i czasem łagodząca cierpienia.
Znakomitą, wiecznie pełną niepokoju Jadzią jest Natalia Stachyra, Rudzią - Kinga Tabor. Duże pochwały i dla autorek pozostałych portretów: Agnieszki Pilaszewskiej, Moniki Kwiatkowskiej, Elżbiety Zajko, Ewy Porębskiej. Stępniak to czuły, uważny przewodnik. Razem są zdyscyplinowanym teamem, który wyczarowuje nam poemat utkany z prozy życia. Poemat jednak ponad ideologią.
