Chłopki
To z tym - "Chłopki" w Teatrze Współczesnym w Warszawie, Marek Zajdler, naszteatr.pl, 5.01.2026r.
Tematy plebejskie bliskie są Sławomirowi Narlochowi nie od dziś. Muzyka i pieśni ludowe towarzyszyły mu już w „Łojdyrydy” czy „Klapsach” Teatru Pijana Sypialnia, rozbrzmiały z mocą w rozśpiewanej i roztańczonej chacie olsztyńskiego „Wesela”, a nawet „Grze Snów” Strindberga w Narodowym. Kiedy więc zapowiedziano, że Narloch wyreżyseruje głośne „Chłopki” w warszawskim Teatrze Współczesnym, można było temu pomysłowi jedynie przyklasnąć. Z niecierpliwością oczekiwałem spektaklu bliskiego duchowi literackiego pierwowzoru Joanny Kuciel-Frydryszak, bo wcześniejsza inscenizacja duetu Piaskowski-Sulima z legnickiego Teatru Modrzejewskiej była bardziej społecznym komentarzem i dyskursem z treścią, niż jej scenicznym odzwierciedleniem. Warto było czekać.
Reżyser żartobliwie określił to przedstawienie jako najnudniejsze w historii, bowiem polegające na mówieniu i słuchaniu. W tej przesadzie zawarł jednak ziarno prawdy, gdyż „Chłopki” we Współczesnym oddają głos kobietom czy raczej ich duchom z przeszłości – pozwalają się im wygadać, wylać żale, opowiedzieć o znoju i trudzie, o gorzkim losie, biedzie i szarej codzienności nie tak znowu dawnej wsi. A my „musimy słuchać”, jak rozpoczyna spektakl Marcin Stępniak, który jako narrator i alter-ego Narlocha pojawia się na scenie przywołując wspomnienie Heleny Pluty, prababki reżysera. Starowinka o bystrym umyśle siedziała onegdaj przy kaflowym piecu w pomorskich Nowych Prusach i bujając się na ławeczce rozprawiała o minionych czasach, szeptała bezustannie, jakby rozmawiając z widziadłami sprzed lat. Nagrania jej głosu towarzyszyć nam będą przez cały spektakl tworząc intymną rodzinną atmosferę, stanowiąc komentarz do literackich zapisów, a przede wszystkim udowadniając, że opowieści odmalowane w „Chłopkach” są żywym świadectwem prawdziwych wydarzeń, które były udziałem wielu wiejskich kobiet.
A te dalekie są od wyidealizowanego obrazu sielskiej wsi. Praca ponad siły od świtu do nocy, dojmująca bieda i głód, brak dostępu do edukacji skutkujący wiarą w zabobony i ludowe mądrości oraz najgorsze – ślepe podporządkowanie patriarchalnemu porządkowi świata podtrzymywanemu skutecznie przez tradycję i Kościół. „Chłopki” kreślą obraz kobiety-niewolnicy, zależnej od mężczyzny, czy raczej pana i władcy, którego wola, podobnie jak ciężka ręka jest nieugięta. Przeca wiadomo, że „jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”. Historie wiejskich kobiet niosą ze sobą morze przytłaczających emocji. Szczęśliwie w tym oceanie nieszczęścia reżyser dostrzega też iskierki nadziei związane z wewnętrzną siłą i determinacją kobiet, by poprawić swój los. Wplata też humor, który obok religii staje się główną ucieczką od ciężkiej doli na roli. I jest jeszcze, ku pokrzepieniu niewieścich serc, muzyka Jakuba Gawlika.
Muzyka ostra, miejscami przejmująca zgrzytliwymi dźwiękami, a za chwilę jaśniejąca tradycyjną ludowością i folklorem. Wykonywana na scenie przez żeński zespół muzyczny niesie ze sobą dozę kobiecej wrażliwości, która uwidacznia się zwłaszcza w improwizowanych, ilustracyjnych fragmentach. W kontrze do niej pozostaje milczący bęben, którego uderzenia rozlegają się rzadko, ale wybrzmiewają echem wspomnień, o których nikt wolałby nie pamiętać. Obecność ludowych pieśni, przyśpiewek i tańców nadaje spektaklowi formę zbliżoną do oratorium. „Chłopki” wpadają przy tym nieco w konwencję „Dziadów”, które pojawiają się także dosłownie w scenicznych cytatach, zaś przywoływane pamięcią duchy kobiet wypełniają przestrzeń donośnymi, pragnącymi być wreszcie wysłuchanymi głosami. Wybrane przez twórców pieśni, wykonywane w stosunkowo prostej, a zarazem fenomenalnie wpisującej się w przedstawienie choreografii Mariusza Żwierko, ukazują prawdziwe wiejskie życie, bez ubarwień, bez przeinaczeń, bez sielankowości. „Bo jak się robotę szybko wykonuje, to to wygląda jak taniec, więc my tu na tej wsi tylko tak se tańczymy” – podsumowuje Agnieszka Pilaszewska oberka z ciężkimi nosidłami na mocne zakończenie pierwszego aktu.
Ale scen i słów zapadających w pamięć jest tu znacznie więcej. Duża w tym zasługa mrocznej, brudnej, przypominającej barwą ziemię scenografii Martyny Kander. Imitującej słomianą polepą wnętrze chaty, stodoły, a może grobu wykopanego za życia, w którym pojawiają się jednak promyki nadziei, jaśniejący krzyż i dające wiarę w lepsze jutro przebłyski świateł autorstwa Karoliny Gębskiej. Aktorki ubrane w zgrzebne suknie projektu Anny Adamek tworzą bohaterki z krwi i kości, sól tej ziemi, przeżywając wspólnie rodzaj misterium, którego finał odnajdujemy w weselnej Ostatniej Wieczerzy u boku ukoronowanej świetlistymi promieniami miłosiernej Matki Bożej. Wieczerzy pamięci, odkupienia, pokrzepienia i swojskiej, podbitej wypitą wódeczką, radości. Agnieszka Pilaszewska, Joanna Jeżewska, Natalia Stachyra, Monika Kwiatkowska, Monika Pawlicka, Ewa Porębska, Kinga Tabor i Elżbieta Zajko malują wspólnie obraz silnej i niezłomnej kobiety, zahartowanej ciężką pracą, dzielnej mimo przeciwności losu i wierzącej w lepsze jutro. Z widowni można wręcz poczuć niesamowitą więź łączącą cały zespół aktorski w hołdzie składanym „dla naszych babek”. Największe wrażenie robi jednak Elżbieta Zajko w roli Antosi wjeżdżając na wozie symbolicznie udekorowanym stacjami Drogi Krzyżowej, by zaświadczyć o męce własnego życia. Aktorka już w „Febliku” w Teatrze Narodowym zdawała się wchłaniać w siebie i oddawać z mocą całą niewinność, przaśność i plebejskość kreowanej postaci, we Współczesnym potęguje to wrażenie, jakby malowała żywą ikonę cierpienia, niemocy i olbrzymiego hartu ducha doświadczonej życiem wiejskiej heroiny.
„Chłopki” Sławomira Narlocha, pozostając możliwie wierne literackiemu pierwowzorowi, wydobywają z przeszłości historie prostych, wiejskich kobiet i dają im swobodę, by z mocą rozległy się w teatralnej przestrzeni przy Mokotowskiej. By rezonowały prawdą o minionych czasach i nas samych. Byśmy je usłyszeli. Głosy naszych prababek i babek, którym za ich poświęcenie, za codzienny trud, za cichą walkę o godność i przynależne prawa, powiedzieć dziś choćby proste „Dziękuję”. Bo to ich postawa, marzenia i siła wydały współczesne owoce. I to dzięki nim świadome swej wartości dzisiejsze kobiety mogą sobie w każdej chwili pozwolić na małe „to z tym”. Co z czym zapytacie? Ha, o tym opowiedzą Wam już duchy w stołecznym Współczesnym.
