"Mimo wszystko"
Aktorka w aktorce, Piotr Gruszczyński, Tydgodnik Powszechny, 12.06.2005

Na pewno są w Polsce lepsze teksty do grania niż sztuka Johna Murrella "Memoir", ale czy jest lepsza aktorka niż Maja Komorowska. Lepsza nie tylko do roli Sary Bernhardt, ale lepsza w ogóle. Jej sceniczna obecność jest bytem całkowitym, niepowtarzalnym, zjawiskowym. Nie tak dawno w podwójnym spektaklu Krystiana Lupy Maja Komorowska zagrała dwie postacie - aktorki: Arkadinę w "Mewie" Czechowa i Pilar w "Sztuce hiszpańskiej" Rezy. Jednym z najistotniejszych tematów przedstawienia Lupy było opisanie relacji pomiędzy aktorem i tworzoną przez niego postacią, problem wampiryzowania aktora przez graną postać, przy czym pojęcie gry należy pojmować tak, jak to robi Lupa, dla którego gra oznacza bycie postacią, a nie udawanie, będące grzechem śmiertelnym i głównym, jaki można popełnić w teatrze. Niedawno ukazała się też książka zatytułowana "Pejzaż", gdzie Komorowska w rozmowie z Barbarą Osterloff z dużą precyzją analizuje własny aktorski warsztat, który formował się między innymi w teatrze Jerzego Grotowskiego. Teraz w spektaklu "Mimo wszystko" (taki tytuł wybrany został dla sztuki Murrella) Komorowska gra starą Sarę Bernhardt podsumowującą swoje życie w niekończących się rozmowach z osobistym sekretarzem, niejakim Pitou. W tej roli skromnie i znakomicie partneruje aktorce Wiesław Komasa. Historia z życia teatralnej gwiazdy wszechczasów dała aktorce nową okazję do nasyconego teatralnym humorem, ale w gruncie rzeczy poważnego rozważania na temat aktorstwa. Komorowska nie udaje Sary Bernhardt, nie gra jej, nie próbuje czarować widzów opowieścią o wielkiej, niedosiężnej "boskiej", nie epatuje sukcesami i sławą. Cały czas zachowuje spójny dystans pokazując, jak Maja Komorowska rozumie aktorstwo korzystając z możliwości, jaką daje egzemplum w postaci mitu Sary Bernhardt; mitu, bo przecież w teatrze aktorstwo i przedstawienia przestają podlegać weryfikacji w chwili, gdy przestają istnieć. Bohaterka spektaklu jest już po swoich teatralnych sukcesach, starzeje się, przemija, dyktuje wspomnienia. Jest stara i nie ma nogi, więc siedzi. Cały czas siedzi na fotelu udając pogodzoną z losem, czasem tylko próbuje wstać, zrywa się, upada. Nienawidzi ciała, które odmówiło jej współdziałania, pełnego oddania do końca. Paradoksalnie jednak w tym najbardziej intymnym momencie, kiedy ma powiedzieć coś o własnej ułomności, przestaje mówić własnymi słowami, których potoki zalewają wiernego Pitou. Sięga po fragment "Hamleta". Głowa aktorki w całości wypełniona jest teatrem. Dlatego jedynym sposobem na wspominanie jest odgrywanie własnego życia, jeszcze raz, z udziałem Pitou, któremu przypadają w udziale role naprawdę bardzo różne: od matki Sary po Oscara Wilde'a. To odgrywanie, jak szybko się orientujemy, odbywa się nie po raz pierwszy. To codzienny rytuał, odbywany nie po to jednak, by urozmaicić życie rozkapryszonej kobiety. Nie wiadomo nawet, czy to Sarah Bernhardt każe w kółko odgrywać te same sceny, czy może to pomysł Mai Komorowskiej? Każdą sekwencję kończy jeden z gestów powątpiewania, wzięty z bogatej galerii drobnych oznak zniechęcenia. Przewracanie oczami. Odsuwanie niewidzialnych przedmiotów wyciągniętymi dwoma palcami dłoni czy poprawianie się na fotelu, by polepszyć sytuację ocalałej nogi, która drętwiejąc niecierpliwi się tak samo jak jej właścicielka. Właściwie wszystko i ciągle jest nie tak. Zakwestionowany zostaje nie teatr, ale całe życie, skazane od początku na przemijanie. Słońce też świecąc umiera - to konstatacja Sary Bernhardt. Komorowska próbuje obdarzyć aktorkę, którą gra, nadzieją, jest z niej niezadowolona, polemiczna, pewnie nie wierzy w piękne słowa Marii Janion najkrócej opisujące tragizm ludzkiej egzystencji, "żyjąc tracimy życie". Tu ma być mimo wszystko. Bo nie może być inaczej. Komorowska za każdym razem manifestuje w granych postaciach własną osobowość i swój wyrazisty światopogląd. To najważniejszy element jej aktorskich przekonań. Grając trzeba dawać świadectwo prawdzie, a nie teatrowi. Poszukiwać siebie i swoich spraw, którymi chcemy się podzielić z widzami, a nie popisywać umiejętnościami naśladowczymi. Bo właściwie w teatrze nie interesują nas opowiadane historie, ale to, jak stają się one częścią wspólnego doświadczenia aktorów i widzów, na ile mogą zostać przez nas doznane, na ile poruszająco, jak bardzo boleśnie. Komorowska nie ma łatwego zadania. Musi walczyć z mieliznami tekstu, oswajać go, przerabiać na swój. Ciągłe niepogodzenie rodzi mocne napięcie, z którego aktorka korzysta. Jej obecność sceniczna osiąga stan nasycenia, staje się wszechogarniająca. Szybko zapominamy o konwencjonalnej, skrajnie teatralnej scenografii (taras nadmorskiego domu, białe okiennice, drewniane ogrodzenie porośnięte sztucznym dzikim winem) i wyłuskujemy z granej aktorki aktorkę grającą. Teraz możemy już w pełni cieszyć się jej złamanym głosem, skupionym nieprzytomnym spojrzeniem i szybko opanowującym nas rozwibrowaniem, które niesie ten teatr. Naszym udziałem stają się radość i otucha, z którą zostawia nas aktorka niezwykle uczciwie podchodząca do swojej pracy. Jedna z tych, dla których teatr jest powołaniem, a nie sposobem spędzania czasu czy zarabiania na życie. Zawsze po takich spektaklach rośnie apetyt na jeszcze większe święto, dzieła wielkie. Jak te ostatnie, w których Maja Komorowska pracowała z Lupą. Teraz czas zawieszenia, pełne nadziei nienasycenie. Sarah Bernhardt wstaje, ma już dwie sprawne nogi, zapada się w prywatność Mai Komorowskiej. Wychodzi, aktorka w aktorce.

Stat 4 u