Posprzątane
Dowcipy na wiarę, Tomasz Mościcki, http://teatralny.pl, 22.11.2013

Krytyk teatralny, dziennikarz. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Autor książek: Teatry Warszawy 1939, Teatr Qui Pro Quo. Kochana stara buda, Teatry Warszawy 1944-45. Współpracował z czasopismami „Po prostu” i „Życiem”. Recenzent teatralny „Dziennika” i „Odry”. Współpracuje z Polskim Radiem, prowadząc audycje poświęcone współczesnemu życiu teatralnemu. Artysta fotografik.

Zaglądam w zakurzone kąty twardego dysku domowego komputera… i własnej pamięci. Posprzątane Sarah Ruhl w Teatrze Wybrzeże, ostatnie miesiące kameralnej sceny w Sopocie. Polska prapremiera, reżyserował Giovanny Castellanos. Dziwne wrażenie, które pozostało po latach. Co to było?…

Jakaś brazylijska łzawa telenowela dość sztucznie implantowana na polską teatralną  glebę, a podlała tę wątpliwej jakości nowalijkę mocno kiczowata reżyseria. Można było właściwie spodziewać się, że nowalijka się nie przyjmie, bo o sztuce Ruhl zacichło na kilka sezonów. I niespodzianka. Rok temu trudu wystawienia Posprzątane (może Posprzątanego?…) podjął się w Łodzi Mariusz Grzegorzek. Wypada wierzyć naocznym świadkom, że było to przedstawienie  wysoko ponad przeciętność, tym większy podziw dla reżysera – zrobić coś z rzeczy jakości… oględnie mówiąc dyskusyjnej. Nie koniec niespodzianek. W rok po Grzegorzku na scenie warszawskiego Teatru Współczesnego sztuka Ruhl pojawiła się w reżyserii Bożeny Suchockiej.

Co przemawia za korzyściami wystawiania tego tekstu? Pewny sukces kasowy. Nie wszyscy przecież marzą o Hamlecie, części publiczności w zupełności wystarczy na scenie telenowela w dobrej obsadzie. Bo Posprzątane z całą pewnością dojdzie przynajmniej do setki spektakli. Nie nowina to przecież, Współczesny może grać tę samą rzecz nawet 200 razy – przy kompletach. Sobotnia premiera zgromadziła sporą nadwyżkę widzów, szczęśliwcy, którym udało się zdobyć wejściówkę, stali w przejściach. Nie ma więc obawy o frekwencję.

Druga korzyść to – mówiąc językiem dzisiejszych korporacji – właściwa gospodarka zasobami ludzkimi. Jak świat światem teatr zawsze boryka się z problemem nadwyżki utalentowanych pań należących do różnych aktorskich pokoleń, dla których nie ma wystarczającej liczby ról. Ongiś załatwiano to raz na jakiś czas wystawieniem Domu kobiet Nałkowskiej albo premierą Domu Bernardy Alba (swoją drogą – zobaczymy to jeszcze kiedyś na jakiejś scenie?). Teatr miał zapewniony sukces, aktorki zadowolone, bo znajdowały zatrudnienie i role godne swych talentów. Jak się wydaje – Teatr Współczesny poszedł tą właśnie drogą. Na scenie przewaga dam. Czołowe siły tej sceny: Marta Lipińska, dwie Agnieszki: Pilaszewska i Suchora, Monika Kwiatkowska i tylko jeden pan: Leon Charewicz. I gdyby nie ten kwintet, można by rzec: posprzątane i czekać na następną premierę.

Posprzątane z całą pewnością dojdzie przynajmniej do setki spektakli.Przedstawienie Suchockiej ujawnia bowiem wszystkie mielizny tego tekstu: jego czułostkowość, sztuczność zabiegów autorki, obietnice bez pokrycia. Agnieszka Suchora jako Brazylijka Matilde sprzątająca w domu zabieganej  doktor Lane opowiada dowcipy, gra przecież postać wymyślającą co i rusz nowe pyszne witze. To, że sprzątaczka z niej żadna – wiemy. Za elegancka, za dobrze tańczy na scenie – szkoda jej do odkurzacza. Czy jest wytrawną komiczką – tego się nie dowiemy. Dużo się o tym na scenie mówi, lecz gdy przychodzi do konfrontacji słów z rzeczywistością, Agnieszka Suchora opowiada żarty z akcentem, który zapewne onieśmieliłby samą Astrud Gilberto. Czyli po portugalsku. Jako ludzie z natury ufni – wierzymy na słowo. Choć oczywiście żal nam pysznego kawału opowiadanego przez Matilde dogorywającej na raka Anie jako formy eutanazji na wesoło. Radzi byśmy znać treść tego dowcipu. Ilu z nas ma zaprzysięgłych wrogów, których pragnęłoby się sprzątnąć z tego świata bez zostawiania śladów dokonanej zbrodni. Niestety i ten ostatni kawał mówiony jest nie dość że po portugalsku, to jeszcze na ucho. To słuszne posunięcie. Gdybyśmy go poznali, po każdym spektaklu we Współczesnym referaty zgonów miałyby pełne ręce roboty.

Jeśli więc wybrać się do Współczesnego – to nie dla sztuki, której dramaturgicznie daleko do piece bien faite – ale dla zobaczenia, jak z tym wątłym dramaturgicznie materiałem radzą sobie aktorzy. Dla Agnieszki Pilaszewskiej, która w roli Doktor Lane umyślnie zdjęła z tej postaci całą kobiecość, przydając jej kanciastych męskich gestów, szorstkości głosu, kapralskiego niemal kroku. Ta zamierzona surowość ma jednak zamaskować  prawdę o tej kobiecie: jej życiowe niespełnienie, głód uczuć, który eksploduje nagle w jednym monologu, tym o wzroku kochanego przez nią mężczyzny, który nigdy nie spojrzał na nią tak, jak patrzy się na ukochaną osobę. Zawsze podziw, nigdy miłość. Żal, pretensja, rozpacz na jedną chwilę spuszczona z emocjonalnej smyczy. Warto obejrzeć ten spektakl także dla Marty Lipińskiej. Jej Virginia, siostra Lane, jest niejako jej negatywem: wszystkie emocje jak na dłoni, precyzyjnie wystudiowany przez aktorkę naddatek drobnych gestów, jakaś groteskowa minoderyjność tej postaci skontrastowana z nagłym wybuchem agresji, gdy poukładana życiowo Virginia o maniakalnym zamiłowaniu do porządku nagle ten porządek burzy. Ta gwałtowność wygarniania poukładanych rzeczy z szaf i szuflad ukrytych w scenicznych podestach staje się swoistym wyzwoleniem. Akt agresji wobec martwych przedmiotów jest próbą wyzwolenia się Virginii od samej siebie, od swojego nieudanego, pustego życia wypełnionego sprzątaniem, od myśli o zaprzepaszczonej dawno naukowej karierze. I jeszcze Leon Charewicz – pyszny aktorsko jako otumaniony miłością człowiek nie dostrzegający własnej śmieszności i żałosności, z przylepionym do twarzy uśmiechem tłumaczący porzuconej żonie, że owo porzucenie nie jest niczym nagannym moralnie. Charewicz kompromituje moralnie postać Charlesa – nie graniem cynika, ale głupca nieświadomego krzywdy czynionej najbliższej osobie. Uśmiechnięte szeroko wcielenie moral insanity.

Enigmatyczny jest także w świetle tego wszystkiego tytuł, nawet nie sztuki, ale i całego wieczoru. Posprzątane – lecz po czym? Po życiu, po uczuciu? Może  domu? Ale to, co widzimy na scenie, nie zdradza specjalnej potrzeby poczynienia porządku. Jan Kozikowski ustawił we Współczesnym scenografię doskonale nijaką. Ot, któryś już z kolei w naszych teatrach zestaw dekoracji mogący być wszystkim. Kanapa z białego skaju, podesty-szuflady, z tyłu szyba, na której, nie wiedzieć czemu, widnieje jakiś bliżej nieokreślony rysunek i tajemnicza strzałka skierowana w dół – jakby wskazówka  dla scenicznych maszynistów, jak zmontować tę „durnostojkę”. Jeszcze jeden przykład zaadaptowania niemieckiej mody na skrajny funkcjonalizm scenograficzny, tym razem jednak w wersji… powiedzmy, wyjątkowo niezalecającej się wykwintem. Można w tym zagrać wszystko, tylko że ten „bida-dekor” nie mówi nic ani o bohaterach, ani o środowisku, w którym żyją.

Widywaliśmy we Współczesnym przedstawienia wybitniejsze. To, broniące się przede wszystkim aktorską klasą, pokazuje, że mamy tu właściwie jeden z niewielu już prawdziwych teatralnych zespołów w naszym kraju. Poznaje się to także i przez fakt, że Posprzątane (przecież tzw. repertuar, czyli teatralny mainstream) w żadnym momencie nie schodzi jednak poniżej wysoko ustawionej poprzeczki zawodowej normalności. Ale… wychodząc z widowni, patrzy się z rozrzewnieniem na plakaty Martwych dusz, Naszego miasta, Tanga czy Wniebowstąpienia. To było tak niedawno temu… Aż się prosi, by kiedyś posprzątać po Posprzątanym i przypomnieć sobie te nie tak przecież stare, a jakże dobre czasy.

Stat 4 u