Posprzątane
Posprzątali w dobrym stylu, Marta Górska , www.kulturaonline.pl, 28.11.2013

Dobra współczesna komedia w teatrze to dziś niestety rzadkość. Dlatego tym bardziej cieszy, kiedy na deskach pojawia się taki spektakl jak "Posprzątane" w reżyserii Bożeny Suchockiej w warszawskim Teatrze Powszechnym.

Wielokrotnie słyszałam opinie ludzi związanych z teatrem, że komedię na dobrym poziomie jest dużo trudniej zrobić niż tragedię. Potwierdzają to repertuary. Teatry mające wysoką renomę rzadko sięgają po teksty komediowe, a jeśli już to najwcześniej jest to klasyka lub tragikomedia. Sztuka rozśmieszenia ludzi w dobrym stylu jest niezwykle trudna. Z jednej strony można za bardzo iść w stronę kabaretu, z drugiej całkowicie nie trafić w gust widza lub podać mu dowcip, którego nie zrozumie lub nie będzie się dla niego śmieszny i przedstawienie okaże się klapą. Prostackie dowcipy i wulgarny humor są rozwiązaniami dobrymi dla byle jakiej komedii popkulturowej. Teatr jednak ma dać widzowi coś więcej, a zwłaszcza w obszarze komedii. Żeby uniknąć cyrku, kabaretu i telewizyjnych zagrywek trzeba mieć przede wszystkim świetny tekst.

Widać, że nie na darmo w tym roku Maciej Englert został uhonorowany Feliksem za swój wkład w rozwój warszawskiej sceny. Na deskach jego teatru można oglądać komedię bazującą na doskonałym tekście, mądrym humorze, dobrej grze aktorskiej i spinającej wszystko scenografii.

Bożena Suchocka zmierzyła się w Teatrze Współczesnym z tekstem młodej finalistki Nagrody Pulitzera Sary Ruhl. W dramacie "Posprzątane" znajdziemy humor sytuacyjny, humor postaci i charakterów, dowcip, który jest inteligentny, prosty i nikogo nie oburzy ani nie obrazi. Dowodem na sukces jest reakcja publiczności, która śmieje się i wzrusza, a przecież na scenie nie ma ani odwołań politycznych ani społecznych.

Historia zawarta w dramacie "Posprzątane" dotyczy czterech kobiet. Lane (Agnieszka Pilaszewska) jest pragmatyczną kobietą sukcesu. Jej życiem jest praca w świetnym szpitalu, dodatkowe dyżury i poprawne małżeństwo, o które już niezbyt dba, bo przecież jest udane. Pilaszewska wydobywa w pierwszej części spektaklu wszystko to co mogłoby nas odstraszać od tej kobiety jako człowieka, ale co skłoniłoby nas do przyjścia do niej jako do specjalisty. Jej profesjonalizm posunięty jest do granic możliwości, tak samo z jak poczucie własnej wartości oraz tego, że jest lepsza od innych, bo wykonuje ważniejszą pracę niż choćby sprzątanie. Nie ma czasu na zajmowanie się domem, więc zatrudnia Brazylijkę Matilde (Agnieszka Suchora).

Suchora rozpoczyna spektakl monologiem po portugalsku. Raczej nikt z widowni nie rozumie co właściwie zawiera ta wypowiedź, ale już zaczyna być śmiesznie. Matilde należy do rodziny komików, którzy wymyślali tak śmieszne dowcipy, że człowiek mógł umrzeć ze śmiechu. To też przytrafiło się jej matce, która zmarła po usłyszeniu dowcipu jaki wymyślił na rocznicę ślubu ojciec. Suchora wydobywa z tej postaci pewien liryzm połączony z prostotą. Z jednej strony widać w niej gorycz i smutek, z drugiej jest przecież komiczką, zatem całe dnie upływają jej na wymyślaniu dowcipów, które ją rozweselają. Osierocona Matlide nie znosi jednak sprzątać tak bardzo, że doprowadza ją to do depresji.

Na szczęście jest w zasięgu ręki kobieta, która sprzątać uwielbia - siostra Lane, Virginia (Marta Lipińska), która jest osoba bardzo prostoduszną, dobrą, miłą, trochę dziecinną, czyli całkowitym przeciwieństwem Lane. Virginia nie może usiedzieć w swoim domu, w którym jest tak czysto, że już sama nie wie co z sobą zrobić. Proponuje Matilde układ, polegający na tym, że w tajemnicy przed Lane, Virginia będzie sprzątała jej mieszkania, a w ten sposób Matilde nie będzie już miała depresji i skupi się na wymyślaniu dowcipów.

Cała sprawa komplikuje się, kiedy w zawiłą sytuację trzech kobiet wstępuje czwarta – kochanka męża Lane.

Druga część spektaklu to wspaniały popis humory sytuacyjnego rozpoczynającego się od sceny, kiedy cała piątka bohaterów spotyka się na herbacie w salonie Lane, żeby przedyskutować kwestie rozwodu i ponownego ślubu Charlesa. Jego ukochana Ana (Monika Kwiatkowska) jest uosobieniem anioła. Nie da się jej nie lubić, co doprowadza Lane na skraj wytrzymałości. W dodatku nie może jej nienawidzić, bo kobieta jest śmiertelnie chora.

Wśród tych czterech różnorodnych postaci kobiecych pokazany jest Charles (Leon Charewicz) – postać komiczna absolutnie. Od pierwszego momentu widz zastanawia się jak to możliwe, że Lane wybrała takiego ciamajdę. Niby lekarz, ale zachowujący się jak podlotek, który z realnością niewiele ma wspólnego. Charewicz wspaniale oddaje jego dziecinność, trudności z odnalezieniem się w sytuacji, która go przerasta i, w której ostatecznie wszystkie role odgrywają kobiety. Charles do tego stopnia oderwany jest od rzeczywistości, że kiedy Ana jest już umierająca ten postanawia wyjechać na Alaskę w poszukiwaniu naturalnych środków leczniczych zamiast opiekować się nią do końca, w dodatku jest przekonany, że to co robi jest romantyczne, co wspaniale komentuje jego była już żona przyjmująca Anę do siebie do domu, żeby się nią zaopiekować.

Reżyserka Bożena Suchocka świetnie pokazuje w spektaklu jak kobiety potrafią się sobą opiekować mimo wszystko, jak znajdują w sobie siłę i pogodę ducha nawet w chwilach krytycznych, kiedy mężczyźni już dawno stracili poczucie rzeczywistości i hart ducha.

Nie tylko tekst i reżyserię oraz grę aktorów należałoby tu pochwalić. Ciekawie i prosto rozwiązana jest także scenografia. Na scenie widzimy trzy plany: dom Lane, dom Any oraz trzeci plan za nimi, gdzie pojawiają się realizacje myśli i wspomnień bohaterów, nadając wypowiadanym kwestią raz walor liryczny, innym razem pobudzając dodatkowo do śmiechu.

Jeżeli ktoś ma ochotę na komedię w dobrym stylu to "Posprzątane" jest doskonałą propozycją na spędzenie wieczoru w teatrze. 

Stat 4 u