Lepiej już było...
"Nie tylko by boki zrywać...", Wiesław Kowalski, Teatr dla Was, 26.10.2016

"Lepiej już było..." Cat Delaney w reż. Wojciecha Adamczyka w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Was.

Maciej Englert wie doskonale, że do jego teatru przychodzą również widzowie, którzy chcą zobaczyć swoich ulubionych aktorów w rolach komediowych. Dlatego też niekiedy z myślą o nich przygotowuje lżejsze widowiska sceniczne, które nie mają jakichś szczególnych ambicji do rozsadzania teatralnych konwencji, ale będąc sztuką łatwą, lekką i przyjemną mają w dobrym stylu bawić czyli dostarczać rozrywki. I nie stronili od tego typu repertuaru najwybitniejsi aktorzy, których osobowości przez lata budowały renomę tego znakomitego zespołu. Repertuar farsowo-komediowy jest zatem stale obecny na afiszach teatru przy Mokotowskiej, bijąc wciąż nowe rekordy popularności. Do tej pory bodaj najczęściej granymi tytułami były "Koniec początku" Seana O'Caseya w reż. Krzysztofa Langa i "Namiętna kobieta" Kay Mellor z Martą Lipińską, w reż. Macieja Englerta. Bez wątpienia na sukces tych przedsięwzięć, które w końcu nie zawsze posiłkują się szczególnie wybitną literaturą jest fakt, że przygotowane na takiej bazie spektakle zawsze wyróżnia klasa i styl. To zresztą od lat stały wyróżnik Współczesnego, który nawet wady drugorzędnej dramaturgii potrafi przeobrazić w zalety.

"Lepiej już było", podobnie jak wspomniana już "Namiętna kobieta", to komedyjka niczym szczególnym się nie wyróżniająca, mocno oparta na dramaturgicznych stereotypach, jednak na tle innych utworów obyczajowych będących w repertuarach warszawskich teatrów bulwarowych wyróżnia się tym, że skonstruowana jest dość pomysłowo, z niekiedy brawurowym nawiązaniem do elementów komedii gangsterskiej. Do tego autorka nie jest pozbawiona szóstego zmysłu jeśli chodzi o możliwości osiągania efektów czysto teatralnych, wywiedzionych z tradycji komediowej sięgającej do pastiszu, a nawet burleski.

Marta Lipińska, pozostająca w zespole Współczesnego od roku 1963, została po raz kolejny obdarzona rolą, którą można nazwać jej scenicznym benefisem. Zresztą nie ma wątpliwości, że to postać jakby specjalnie dla niej napisana, bogata, kolorowa i wielowymiarowa. W "Lepiej już było", w reż. Wojciecha Adamczyka, wciela się w postać Esmeraldy Quipp, emerytowanej aktorki szekspirowskiej, która w dramacie Pameli (Cat) Delaney praktycznie nie schodzi ze sceny. A wszystko zaczyna się od śmierci jej ukochanego kota i utraty dachu nad głową, bo Esmeralda na skromnej emeryturze ledwo wiąże koniec z końcem. A jako że desperacji ma w sobie pod dostatkiem, postanawia stoczyć pojedynek z nieprzychylnym losem i w nie zawsze konwencjonalny sposób szukać wyjścia z życiowych tarapatów. Któż jednak mógłby przypuścić, że najbardziej spodobają się jej gangsterskie podboje, dzięki którym trafia do aresztu i zyskuje nowych przyjaciół. Ale cóż, skoro nie udało się wygrać castingu na jedną z wiedźm w "Makbecie" i zapłacić czynszowych zaległości, w więzieniu przynajmniej będzie miała ciepło, nie będzie głodna i czas jej szybciej upłynie na pogawędkach z osadzonymi w jednej celi kobietami dość podejrzanej konduity. Owe awanturnicze z pozoru eskapady Esmeraldy pozwalają odsłonić prawdziwy wizerunek kobiety, która może wreszcie doprowadzić do zaspokojenia swoich głęboko skrywanych pragnień i potrzeb. Próba oswobodzenia swojego ja z dotychczasowych ograniczeń powoduje, że przy okazji i u innych postaci dochodzi do konfrontacji ich samych z sobą.

Esmeralda Quipp w interpretacji Marty Lipińskiej to przede wszystkim kobieta, pomimo lat, które minęły, wciąż nie pozbawiona wdzięku i bardzo sympatycznego, ciepłego oraz życzliwego podejściem do świata i ludzi. Jest w niej otwartość i spontaniczność, ale też i duża doza bezgranicznej naiwności, które pozwalają jej podejmować nawet najbardziej karkołomne wyzwania w pokonywaniu problemów związanych z samotnością i brakiem podstawowych środków do życia. Potrafi też pełnym optymizmu uśmiechem i pogodnym żartem tłumić konflikty, które sama wywołuje swoją niefrasobliwością, prostodusznością i empatycznym podejściem do każdego napotkanego człowieka. Esmeralda w swoich marzeniach i działaniach jest nieposkromiona, jeśli coś raz nie wyjdzie, będzie próbowała dalej, aż do skutku. A w finale zatańczy szalony taniec szczęścia nie tylko swojego, ale i wszystkich tych, którym pomogła wyjść z więzienia, by mogli rozpocząć nowe życie i realizować dotychczas niemożliwe do spełnienia marzenia.

W "Lepiej już było..." pozostali aktorzy mają do zagrania po kilka ról i będą to prawdziwe perełki aktorskiego kunsztu, szczególnie w interpretacji Agnieszki Pilaszewskiej (pysznie zakatarzona Sędzina Julius), Ewy Porębskiej jako nieśmiałej pracownicy opieki społecznej czy Joanny Jeżewskiej w postaci zapijaczonej Penelopy, a także Zbigniewa Suszyńskiego, który niczym kameleon pojawia się co chwila w nowym epizodycznym wcieleniu. Wszyscy wydobywają ze swoich ról całe mnóstwo przezabawnych niuansów, wykorzystując do tego głos, gest i charakterystyczny ruch.

Wojciech Adamczyk zadbał o to, by zabawne były nie tylko dialogi, ale i sytuacje, w których czasami zupełnie nieoczekiwanie musi odnaleźć się bohaterka Marty Lipińskiej. By były one nie tylko śmieszne, ale i nie pozbawione dobrotliwego wzruszenia oraz czułości w spojrzeniu na drugiego człowieka. Aktorów prowadzi z wielkim wyczuciem, by nie przesadzali w chęci podobania się publiczności, a taka skłonność może się niekiedy w rolach komediowych pojawiać. W przedstawieniu Adamczyka na pierwszym planie jest wdzięk, smaczny humor, mądry dystans do protagonistów i scenicznych wydarzeń. A wszystko po to, by widz wychodził z teatru w poczuciu sympatycznie spędzonego wieczoru. We Współczesnym inaczej być może, bo powstało widowisko bezpretensjonalne i szalenie urokliwe. Bez specjalnych aspiracji do eksplorowania najgłębszych pokładów ludzkich dusz, co nie znaczy że nie mamy szansy przyjrzeć się i temu, jak rozpaczliwie przykry i samotny może być los ludzi starszych, wyrzuconych poza społeczny nawias, którzy muszą walczyć o godne przeżycie każdego kolejnego dnia. Dlatego obok komizmu pojawiającego się przede wszystkim w słowie, w spektaklu bardzo ciekawie prezentuje się również warstwa przynależna komedii romantycznej. Wtedy kiedy może pojawić się coś na kształt nastrojowego rozczulenia ze łzą zakręconą w oku.

Naprawdę choćby dla pysznej roli Marty Lipińskiej warto zachęcić do obejrzenia tego spektaklu. Chociaż takich promocyjnych zabiegów przedstawienie raczej nie potrzebuje. Wiadomo, że publiczność od lat kocha wierną Współczesnemu aktorkę i z przyjemnością po raz kolejny zobaczy jak inteligentnie potrafi dawkować to co w kobiecie raz słodkie, to znów idiotyczne, poetyczne i uwodzicielskie czy sentymentalne i buntownicze w niezaspokojonych pragnieniach, romantycznych smuteczkach czy nawet powściąganych afektach namiętności.

Stat 4 u