Hamlet
Horacy pisze Hamleta, Tomasz Miłkowski, Przegląd nr 28, 15.07.2012

Dlaczego Horacy opowiada nam tę historię? Bo to Horacy właśnie (Wojciech Żołądkowicz), zgodnie z wolą reżysera, ale też Szekspira, a więc i samego Hamleta, odtwarza historię jego tragicznych losów.

Opowieść o najinteligentniejszym w historii teatru i dramatu bohaterze toczy się wartko od początku do końca, wyłuskując po drodze wątpliwości i mroczność decyzji podejmowanych nie tylko przez Hamleta, ale i przez jego najbliższych. I jedno pozostaje pewne - że raz jeszcze przypomniana walka Hamleta o naprawę świata, który wypadł z formy, choć od początku daremna, była, jest i będzie natchnieniem niepokornych duchów.

Hamlet w inscenizacji Macieja Englerta walczy z manipulacją. Styka się z nią na każdym kroku. Wszyscy chcą nim kierować: matka, stryj, dworacy, ukochana, nawet duch ojca. Ale Hamlet zachowuje dystans. Przybiera maskę, chroni się za tarczą celnej ironii i gorzkiego dowcipu, wiedząc, że może liczyć tylko na aktorów i Horacego, który wypłaca się opowieścią za okazane mu zaufanie. Kiedy ciężko, tylko teatr i przyjaciele cię nie zawiodą - oznajmia Englert i dlatego przede wszystkim każe Horacemu opowiadać.

A może tę historię przedstawiać, bo ma aktora zdolnego powołać do życia Hamleta współczesnego (Borys Szyc), dla którego absurd, paradoks, gra słów, nawet maskarada należą do pierwszych liter alfabetu porozumienia. Prawdopodobnie zaczytywał się w Gombrowiczu. Kpi ze służalczego otoczenia, bawi się poprawnością jego zachowania, potrafi tłumić i skrywać uczucia, ale bywa porywczy. Tak budując tę rolę, Szyc sprawia, że jego Hamlet staje się jednym z nas.

Szycowi partneruje ogromny zespół, szczególnie zwraca uwagę dojrzała rola Natalii Rybickiej (Ofelii) i wytrawnych artystów Współczesnego: przezabawny PoloniuszSławomira Orzechowskiego, pełen wewnętrznego napięcia Klaudiusz Andrzeja Zielińskiego i powściągliwy duch ojca, którego Janusz Michałowski pozbawia atrybutów upiorności, Krzysztof Kowalewski zaś jest niedościgły jako jeden z grabarzy.

Wszystko toczy się na niebywale małej scenie Współczesnego, którą nie po raz pierwszy Marcin Stajewski powiększa do gigantycznych rozmiarów. Usuwa wprawdzie z widowni dwa pierwsze rzędy krzeseł, ale efekt monumentalizacji przynoszą smukłe kolumny, podesty, lustra dyskretnie umieszczone wysoko nad horyzontem, rozliczne zakamarki, rozciągające przestrzeń we wszystkich kierunkach. Kostiumy Anny Englert, tkwiące między starym i nowym, tak jak cała inscenizacja pozostają odległe od modnych prób uwspółcześnień w myśl zasady: dajcie Hamletowi komórkę, a powiem wam, że ten reżyser nadąża za czasem. Teatr przy Mokotowskiej nie potrzebuje takich ułatwień. Jest tak poważny i dowcipny jak ten przyjeżdżający na gościnne występy do Elsynoru.

Stat 4 u