Hamlet
Hamlet z przedmieścia, Temida Stankiewicz-Podhorecka, Nasz Dziennik online, 16.06.2012

Dzieje i rozmaitość sposobów wystawiania "Hamleta" są tak bogate, że mogłyby posłużyć za temat do tasiemcowego serialu. Reżyserzy prześcigają się w pomysłach na "oryginalność". A już sposoby interpretacji aktorskiej tytułowej postaci najważniejszego dramatu Szekspira to dopiero bogaty materiał na oddzielną sztukę. Raczej w tonacji komediowej. Bo kto może serio potraktować Hamleta na przykład czołgającego się po podłodze czy stojącego na głowie lub spacerującego po scenie na rękach i w tej pozycji wygłaszającego najsłynniejszy w historii teatru monolog "być albo nie być"? Że nie wspomnę już o aktorze siedzącym na sedesie w trakcie owego monologu. A to, że w rolę Hamleta wcielają się aktorki, już od dawna nikogo nie dziwi.

Reszta jest milczeniem

Maciej Englert, reżyser najnowszej inscenizacji "Hamleta" w Teatrze Współczesnym w Warszawie, nie bierze udziału w tym chorym wyścigu na pomysły, lecz ufa tradycji i stawia na tekst. Dlatego wybrał najlepszy z przekładów autorstwa Józefa Paszkowskiego. Doświadczony reżyser doskonale wie, że głębia szekspirowskiej tragedii nie potrzebuje przecież żadnych widowiskowych fajerwerków. Pewnie dlatego akcja dramatu rozgrywa się tu niemal na pustej scenie. Stałą "ozdobą" są nieszczęsne kolumny, które części publiczności zasłaniają aktorów.

Jedna z nich służy Hamletowi jako "podpórka" w scenie monologu "być albo nie być". Niestety, nieudanego. Nie przeżywamy z bohaterem jego dramatycznego "być albo nie być". Te najsłynniejsze słowa dramatu Szekspira wypowiedziane przez Borysa Szyca na siedząco pod słupem czy - jak kto woli - kolumną utraciły swą moc znaczeniową, giną gdzieś w przestrzeni pustej sceny, mówione za bardzo ściszonym głosem. Czy tak właśnie chciał reżyser? Czy to ma być Hamlet zrezygnowany, przygnieciony zadaniem, w którego realizację zwątpił, bo ma świadomość przeważającej siły oporu materii, zewnętrznych trudnych okoliczności i braku zaufania do otoczenia, a zwłaszcza zdrady ze strony rodzonej matki? Czy to tylko trema lub niemoc aktorska odtwórcy postaci Hamleta? Podobne pytania nasuwają się też przy jednej z finałowych scen spektaklu, w której giną ostatnie i kluczowe słowa wypowiedziane przez konającego Hamleta: "Reszta jest milczeniem".

Między tymi dwiema wypowiedziami Szyc przez chwilę jest niemal politykiem (w sensie strategicznej oceny własnego położenia), moralistą (choć nie do końca przekonanym), skorym do bitki zawadiaką, młodzieńcem zajętym jakąś intelektualną lekturą, no i wrażliwym młodym człowiekiem, który nakłada maskę szaleńca, aby wypełnić powierzone mu przez Ducha ojca zadanie zemsty na stryju i uchronić się przed światem, którego morale polityczne, kulturowe, społeczne wywodzi się z porządku nieakceptowanego przez Hamleta. To nie jego świat.

Hamlet Szyca ma kilka bardzo ładnych, udanych scen, ale w całości rola wymaga dopracowania. Ten Hamlet nie ma w sobie wiele z księcia Danii. Ani wyglądem, ani zachrypniętym głosem, ani sposobem zachowania. Można odnieść wrażenie, że aktor swój styl bycia wpisuje w kształt postaci scenicznej. Ubrany współcześnie, poruszający się z pewną niedbałą nonszalancją przypomina przedstawiciela subkultury przedmieścia. Gra jak gdyby dla siebie, z dystansem do tego, co dzieje się na scenie. Mówi niewyraźnie (problem z dykcją?). Kilka razy może się nawet wydawać, że jest na tzw. luzie, choć na pewno wewnątrz przeżywa tremę, co zresztą widać było po zakończonym przedstawieniu, przy ukłonach, kiedy jeszcze nie mógł "wyjść" z roli i uwierzyć, że premierę ma już za sobą.

Bez tożsamości

Hamlet to niełatwa rola. Wymaga bogatej osobowości ludzkiej i aktorskiej, potrzebnej do ukazania stanu ducha bohatera. Szekspir w tej postaci zawarł kwintesencję aktorskiego wnętrza i ludzkich rozterek. W artystycznej drodze Borysa Szyca Hamlet jest na pewno wielkim wyzwaniem aktorskim, rolą najważniejszą i najtrudniejszą. Ale czy przełomową? To się dopiero później okaże, czy z tego bogactwa wpisanego przez Szekspira w postać Hamleta Borys Szyc będzie czerpał jako z wyjątkowego doświadczenia aktorskiego w swoich następnych rolach w innych przedstawieniach, filmach czy serialach telewizyjnych. Bo praca nad postacią Hamleta, cały proces dochodzenia do roli, jest na pewno dla każdego aktora (a chyba nie ma takiego, który by nie marzył o zagraniu księcia Danii) wielkim i owocnym przeżyciem emocjonalnym, intelektualnym i artystycznym. No i oczywiście ubogaceniem edukacyjnym, warsztatowym.

Najbardziej wyrazista rola w przedstawieniu należy do Sławomira Orzechowskiego. Aktor świetnie zagrał postać Poloniusza w przyjętej konwencji rozweselenia publiczności. Można się spierać co do interpretacji tej postaci, bo artysta gra Poloniusza w tonacji stricte komediowej. Sławomir Orzechowski niezwykle konsekwentnie prowadzi swego bohatera, ukazując jego prawdziwe oblicze, przypochlebianie się królewskiej parze, lizusostwo, egoizm, pazerność na karierę nawet kosztem swej córki Ofelii. Oślizgła postać. Nie żal nam, gdy Hamlet go "zaciukał", myśląc, że to stryj-ojczym stoi za kotarą. W ten sposób pragnął dokonać zemsty na ojczymie, zabójcy ojca Hamleta. Takie zadanie otrzymał wcześniej od Ducha ojca (Janusz Michałowski), który ukazał mu się stricte realistycznie, siedząc na krześle w jakiejś wymiętej białej koszuli. Dlaczego? Scena Hamleta z Duchem ojca niestety przydługa i nudnawa.

Ojczyma Hamleta, czyli króla Klaudiusza, gra Andrzej Zieliński. To przecież dobry aktor, ale jakoś nie odnalazł się w tej roli, jego król Klaudiusz jest bez wyraźnej tożsamości. Podobnie jak sceniczna małżonka Klaudiusza, Katarzyna Dąbrowska, w roli królowej Gertrudy, matki Hamleta. Królewska para jest najwyraźniej niewłaściwie obsadzona. Również Ofelia Natalii Rybickiej nie przekonuje. To pomyłka obsadowa. Za sprawą kostiumu i charakteryzacji zrobiono z tej bardzo młodej przecież aktorki czterdziestoletnią kobietę, która mogłaby być matką Ofelii. Zresztą, jeśli chodzi o kostiumy, to dominuje eklektyzm. Za to świetna muzyka Zygmunta Koniecznego ma - jak zawsze - własny, rozpoznawalny charakter "pisma". Jeśli ktoś się uprze, może doszukiwać się w tym spektaklu aktualnych aluzji politycznych. Nie są one jednak nachalnie prezentowane. Tym bardziej że aktorstwo w przedstawieniu w większości ról zawodzi, a nijaka scenografia właściwie nie mówi niczego, więc nawet gdyby był taki zamiar inscenizacyjny z konkretnym adresem, to odczytanie owej symboliki aluzyjnej mogłoby być wielointerpretacyjne. W każdym kierunku.

Stat 4 u