Hamlet
"Hamlet" we Współczesnym w Warszawie, Anna Czajkowska, www.teatrdlawas.pl, 16.10.2012

Poetycki "Hamlet", ironią podszyty

Czy w obecnej dobie wierne, z ukłonem w kierunku tekstu wielkiego dramaturga ze Stratfordu inscenizacje takiego dramatu jak „Hamlet” są potrzebne? Z całą stanowczością stwierdzam, że tak. Niesłabnąca od czerwcowej premiery popularność spektaklu wystawianego w Teatrze Współczesnym w Warszawie bardzo dobrze to potwierdza. A „Hamlet” w reżyserii Macieja Englerta nie jest bynajmniej jedynie poprawnie odtworzonym dramatem Szekspira, który sam w sobie zawiera treści tak wiele, iż w zasadzie chętny słuchacz i tak doceni niesamowitość geniuszu autora, nawet gdyby poprzestano na gołych dialogach i monologach. Podatny na rozmaite interpretacje „Hamlet” na zawsze pozostanie zagadkowy, nasycony mnogością problemów natury psychologicznej, społecznej i innych, które doskonale można uwspółcześnić. Z jednej strony możliwość głębokiej analizy psychiki wybitnej jednostki, a z drugiej przyczynek do rozważań o istocie władzy, o żądzy jej posiadania, pozwalało tworzyć różnorakie, często doskonałe interpretacje. Ta najsłynniejsza sztuka stradfordczyka od dawna przyciąga uwagę i kusi zarówno reżyserów teatralnych, jak i kinowych (np. na tegorocznym XVI Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku „Hamlet” pojawił się na scenie kilkakrotnie). Jarosław Iwaszkiewicz pisał wprost - „Czy królewicz duński jest naszym narodowym bohaterem? Widocznie tak, skoro raz po raz otrzymujemy tak wspaniałe kreacje aktorskie oparte na nieśmiertelnym dziele Williama Szekspira…” Wystarczy wspomnieć legendarnego, silnie politycznego „Hamleta” wystawionego w 1956 r. w krakowskim Starym Teatrze, z Leszkiem Herdegenem w roli tytułowej, albo – z „niepolskich” - pamiętną realizację z 1971 w Teatrze na Tagance w Moskwie, z Włodzimierzem Wysockim w roli tytułowej.

W Teatrze Współczesnym reżyser sięgnął po mniej znane niż autorstwa Barańczaka, dziewiętnastowieczne tłumaczenie Józefa Paszkowskiego, cechujące się sporą dozą ironii i poetyckości. Zrezygnował z wszelkich udziwnień i pozwolił aktorom grać, na ich umiejętnościach opierając cały ciężar dzieła. I nie pomylił się. W mrocznej przestrzeni, którą tworzy surowa scenografia Marcina Stajewskiego, światła reflektorów punktowo rozświetlają ponurą scenerię. Pierwsze skrzypce wśród aktorów gra niewątpliwie Borys Szyc, tytułowy Hamlet, syn poprzedniego króla, o którym ludzie mówią, że zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Ów sąd jest dość istotny w przebiegu całej historii. Pewnej nocy duch nieżyjącego ojca (Janusz Michałowski) wyjawia synowi, iż został potajemnie zamordowany przez brata Klaudiusza. Uzurpator bez przeszkód poślubił wdowę po nim i matkę Hamleta, Gertrudę, zasiadając dzięki temu na tronie Danii. Duch żąda zemsty. Borys Szyc gra z wyczuciem, stopniując emocje, pokazując przemianę początkowo nieśmiałego młodziana, który po spotkaniu z duchem ojca nabiera pewności siebie. Znika dziecięctwo i słabość, a pojawia się siła, która tkwi w konsekwencji oraz drwinie. Udaje obłąkanego, aby tym łatwiej pomścić na stryju zamordowanie ojca. Jakby stworzony do takiej roli – ironiczny, często zjadliwie złośliwy Hamlet - Szyc, razi ciętą ripostą i cierpką prawdą, ubraną w strój kpiny. Zachowuje się jak sztubak, udaje szaleńca, ale „w tym szaleństwie jest metoda”. Świetną okazją do uzyskania poszlak zbrodni okazuje się przyjazd do zamku znajomej trupy aktorskiej. Na prośbę księcia aktorzy mają odegrać „Zbójstwo Gonzagi”, jednak tekst ma być zmodyfikowany, ponieważ Hamlet dodał pewne fragmenty swojego autorstwa. Klaudiusz (Andrzej Zieliński) widząc, iż aktorzy odgrywają jego własną zbrodnię, unosi się gniewem i przerywa przedstawienie, a dzięki temu Hamlet utwierdza się w przekonaniu, że rzeczywiście stryj jest mordercą i obietnicy danej ojcu powinien dotrzymać. Równocześnie demaskuje się – Klaudiusz już wie, że Hamlet zna prawdę o jego zbrodni. Przy tym wszystkim młodzieńcem szarpią coraz większe wątpliwości, a jego wiara w sens życia zostaje zachwiana. Oddala się od umiłowanej Ofelii. W świecie, którym rządzą iluzje, w którym nikt nie jest autentyczny, wielu skrywa tajemnice, knuje spiski i intrygi, nie wiadomo, co jest prawdą, a co fałszem, łatwo się zgubić… . Klaudiusz postanawia pozbyć się młodego księcia, wysyłając go do Anglii, gdzie ma zostać pojmany, a następnie zamordowany. Jednakże Hamletowi udaje się uwolnić i powrócić do Danii. Przybywa wprost na pogrzeb Ofelii, która popadła w obłęd i popełniła samobójstwo. Laertes (Wojciech Zieliński), brat Ofelii, wyzywa Hamleta na pojedynek. W finale Fortynbras, który przybywa do Danii na czele norweskich wojsk, zastaje salę zasłaną trupami. Teraz on, oddawszy cześć Hamletowi, obejmuje tron.

Trzeba zaznaczyć, że scena pojedynku obu młodzieńców została zagrana przez aktorów wręcz brawurowo. A w spektaklu nie brak innych drobnych, acz trafnych „perełek”. Jakże sugestywnie brzmią słowa Hamleta dotyczące aktorstwa i teatru, młodych piszczących głośno reżyserów-indycząt, którzy bezczelnie poprawiają to, co najlepsze. I aktorskiego rzemiosła – „jeżeli masz wrzeszczeć, tak jak to czynią niektórzy nasi aktorowie, to niech lepiej moje wiersze deklamuje miejski pachołek. (…): bądź raczej ruchów swoich panem; wśród największego bowiem potoku i, że tak powiem, wiru namiętności, trzeba ci zachować umiarkowanie, zdolne nadać wewnętrznej twojej burzy pozór spokoju”. Pysznie wypada również pantomima poprzedzająca właściwy występ aktorów. A aktorzy? Andrzej Zieliński, w roli Klaudiusza, zdecydowanie broni swego bohatera. To wyważona postać, bez gwałtownego okrucieństwa, czy brutalnej żądzy władzy. Pokazuje, iż paradoksalnie, jest zdolny do skruchy. W chwili samotnej modlitwy wyznaje winy i szczerze za nie żałuje, chociaż nie śmie już liczyć na przebaczenie. Poza tym broni interesu władzy i państwa. Nie może cofnąć biegu wypadków. Niezwykle komiczny, ale momentami wzruszający jest Sławomir Orzechowski jako Poloniusz, troskliwy tatuś Ofelii i Laertesa. Niezbyt inteligentny dworzanin, służalczy i przesycony manią wielkości, bawi publiczność. Doskonała kreacja aktora przypomina świetny warsztat dawnych komików i budzi uznanie. Trochę blado wypada na tym tle Ofelia - Natalia Rybicka. Natomiast intryguje i przyciąga uwagę druga postać niewieścia, Gertruda w interpretacjiKatarzyny Dąbrowskiej. Młodziutka „matka-ciotka”, jak ją nazywa Hamlet, momentami wydaje się sama potwierdzać rzucane mimochodem sugestie tytułowego bohatera, iż wcale nie jest jego rodzicielką.

Na koniec warto dodać, że Hamletowi – Szycowi partneruje spory zespół dobrych aktorów, znających tajniki prawdziwej techniki gry, a publiczność z zapartym tchem, przez bez mała cztery godziny śledzi losy Hamleta. Nie ma tu mowy o znużeniu czy niezadowoleniu. Prawdą jest, że młodzi widzowie niekoniecznie znają treść słynnego dramatu i trzeba im pokazywać całość, by mogli dołączyć do grona wielbicieli sztuk Szekspira, a przy okazji poznali teatr, gdzie solidne rzemiosło, dopracowane role i rzetelna praca reżyserska jest w najwyższej cenie.

Stat 4 u